SHERLOCK HOLMES T.2, T.3 – Arthur Conan Doyle

SAMSUNG CAMERA PICTURESUdało się! Przeczytałam w końcu wszystko, co jak dotąd zostało wydane o najsłynniejszym detektywie wszech czasów. Sherlock Holmes nie jest mi już znany jedynie ze słyszenia. Poznałam jego przygody, jego niezwykłe umiejętności i z czystym sumieniem mogę poświadczyć, że wielce zasłużył na swoją sławę. Mieć taki bystry umysł – marzenie. Podziwiam i podziwiać nie przestanę, gdyż cenię sobie prawdziwą, dogłębną zdolność widzenia. Bo patrzeć i widzieć nie zawsze znaczy to samo…

Sherlock, ach ten Sherlock. I po latach spędzonych razem nie przestaje zadziwiać nawet swego najwierniejszego, jeśli nie jedynego przyjaciela – Johna Watsona. Trudno się temu dziwić, skoro udaje mu się rozwiązywać zagadki nie do rozwiązania w sposób nieraz wielce nieprawdopodobny. Czasem krótkie spojrzenie wystarcza, by znaleźć najważniejsze dowody zbrodni. Ach, cóż za talent! Uwielbiam!

Jednak równie mocno polubiłam postać doktora Watsona. Jego lojalność wobec Holmesa, szczera przyjaźń i chęć samodoskonalenia się w dziedzinie mistrzowsko opanowanej przez Sherlocka zasługują na ogromną pochwałę. Czasem jedno słowo wystarcza, by zachęcić go do opuszczenia domowych pieleszy (w tym towarzystwa żony) i udania się wraz z Sherlockiem gdziekolwiek ten drugi wskaże. Chwilami aż mnie to rozczula.

Arthur Conan Doyle stworzył postać niezwykłą, ponadczasową, kultową – o tym nikogo nie trzeba przekonywać. Stworzył również pewien schemat prowadzenia historii, a ściślej mówiąc prowadzenia śledztwa przez zacnego jegomościa. Przychodzi klient – Sherlock wie już o nim niemal wszystko – „pokaż mi, jak wyglądasz (np. jakie nosisz ubranie), a powiem ci kim jesteś” ;) Wówczas zaczyna się opowieść pokrzywdzonego tudzież zaniepokojonego jakimiś zdarzeniami/zachowaniami itd. – Sherlock zaczyna się interesować coraz bardziej, słucha z uwagą, po czym kończy spotkanie, mówiąc danej osobie, by poszła do domu, by dnia następnego mogła usłyszeć odpowiedź (na jakiekolwiek by to było pytanie). I tak też się dzieje (mniej więcej w takiej właśnie formie) – Sherlock migiem rozwiązuje zagadki kryminalne, tłumacząc na koniec dokładnie, w jaki sposób mu się to udało. I wtedy wszyscy czują się jak idioci (wszak to takie proste było).

Sherlock Holmes t.2 i t.3 (t.1 tutaj) to przede wszystkim niezbyt długie opowiadania, a że oba tomy razem liczą ponad 1700 stron, to sami się domyślcie, jak wiele zagadek kryminalnych jest w nich do rozwiązania. No i jeszcze to piękne, solidne, dopełnione oryginalnymi ilustracjami Sidneya Pageta wydanie, zarówno jednego, jak i drugiego tomu – czy nadal muszę Was przekonywać? ;)

Szczerze Was zachęcam do zapoznania się ze wszystkimi częściami przygód Sherlocka Holmesa. Wszak to klasyk, którego trzeba znać. Nie bądźmy ignorantami. Poznawajmy, nadrabiajmy zaległości, ćwiczmy umysły, miejmy coś do powiedzenia – a najlepiej, żeby to było coś mądrego – bierzmy więc przykład od tych najlepszych ;)


1. Sherlock Holmes t.2: Dolina trwogi. Przygody Sherlocka Holmesa. Szpargały Sherlocka Holmesa/The Valley of Fear. The Adventures of Sherlock Holmes. The Memoirs of Sherlock Holmes – Arthur Conan Doyle, przeł. Jerzy Łoziński, Zysk i S-ka 2014, s. 839
2. Sherlock Holmes t.3: Powrót Sherlocka Holmesa. Pożegnalny ukłon. Archiwum Sherlocka Holmesa/The Return of Sherlock Holmes. His Last Bow. The Casebook of Sherlock Holmes – Arthur Conan Doyle, przeł. Jerzy Łoziński, Zysk i S-ka 2014, s. 896

Za egzemplarze recenzenckie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

logo-zysk

Reklamy

ENGLISH MATTERS & DEUTSCH AKTUELL

SAMSUNG CAMERA PICTURESKolejne, tym razem marcowo-kwietniowe numery English Matters i Deutsch Aktuell za mną – a więc i kolejne zmagania się z językiem angielskim i niemieckim. Z tym pierwszym nadal idzie mi znacznie lepiej, choć to z tego drugiego mam certyfikat – mam więc nad czym pracować. Nie poddaję się, bo wiem, iż w dzisiejszych czasach znać języki obce to podstawa. Kropka.

ENGLISH MATTERS

„Lolita” Vladimira Nabokova wciąż jeszcze przede mną, a zwycięski tekst Martyny Kościelnickiej (The Phenomenon of Lolita) tylko utwierdził mnie w przekonaniu, iż tę zaległość będę musiała w końcu nadrobić. A skoro mowa o zaległościach, to filmy z Henrym Cavillem również będę musiała w końcu obejrzeć, m.in. „Człowieka ze stali”, by sprawdzić, jaki jest z niego aktor (Henry Cavill – the Man of Steel) – jeżeli macie już jakieś zdanie na ten temat, to bardzo proszę – piszcie śmiało. Mimo że fanką wampirów nie jestem, to z ciekawością przeczytałam artykuł na temat tych japońskich (Japanese Vampires). Słyszeliście kiedykolwiek o Wojnie Dwóch Róż? Jestem pewna, że tak. Jeśli jednak zapomnieliście o tym fragmencie historii, to najnowszy English Matters pomoże Wam sobie o nim przypomnieć (Rosy Bloodshed – the Wars of Roses). Do moich ulubionych tekstów należą zawsze te z kategorii „podróże”. Tym razem mowa o Londynie. Dla początkujących (London for Beginners). Moja ukochana przyjaciółka (i notabene przyszła świadkowa) mieszka nieopodal, toteż nie mogę się już doczekać, kiedy ją w końcu odwiedzę i przy okazji zwiedzimy razem stolicę Anglii :) Co nieco o modnym „selfie” (Selfish Selfie) – bardzo interesujący tekst.

DEUTSCH AKTUELL

Kawę lubię bardzo i dlatego piję ją codziennie. Pewnego dnia dorobię się swojego własnego, wypasionego ekspressu. A raczej dorobimy – ja i Krzysztof ;) A póki co polecam artykuł o tym przepysznym napoju (Kaffe gut, alles gut!). Osobiście uważam, że dzieci powinny mieć styczność z językiem obcym (najlepiej poprzez zabawę) już od najmłodszych lat. Tekst w najnowszym Deutsch Aktuell przedstawia plusy i minusy dwujęzyczności u maluchów (Sprachen lernen von klein auf). Bardzo przydatnym artykułem jest ten o sztuce pisania listów, tak prywatnych, jak i służbowych. Wiele przydatnych zwrotów. Polecam (Die Kunst des Briefeschreibens). Wracając do historii – Otton von Bismarck (Der „Eiserne Kanzler”). A jeśli chodzi o podróże, Sttutgart to kolejne miasto, które z chęcią kiedyś odwiedzę.

I to by było na tyle. Te i jeszcze inne teksty przeczytacie w najnowszych magazynach od Colorful Media.


1. English Matters, nr 51/2015, Colorful Media, s. 42
2. Deutsch Aktuell, nr 69/2015, Colorful Media, s. 38

CM2014_biale_tlo_200px_zpsc5ebdce7

SHARE WEEK 2015 NA PIĘKNEJ

Share-WeekAndrzej Tucholski z jestKultura.pl rozpoczął tę akcję w 2012 r. Ja biorę w niej udział po raz pierwszy, choć bardzo możliwe, że nie ostatni. Chętnie czytam inne blogi (duuużo rzadziej śledzę vlogi – poza nielicznymi wyjątkami), dlatego z przyjemnością polecę Wam co niektóre z nich. Robiłam to już wcześniej na moim profilu na Facebooku, tym razem jednak będzie oficjalny wpis na Pięknej :)

bukheaderbw

1. Wielki Buk

Olga, Olga, Olga… Jak ja Ci zazdroszczę! Wiem, nieładnie jest zazdrościć, ale cóż innego robić, gdy się do Ciebie zagląda. No dobra, podziwiam będzie lepszym określeniem :) Nie dość, że pięknie i dużo piszesz (a jeszcze więcej chyba czytasz), to na dodatek robisz to systematycznie (czy Ty w ogóle robisz coś jeszcze poza czytaniem i blogowaniem?!?;)), konsekwentnie, we własnym stylu, no i z pomysłem! Ach te wszystkie Twoje cudowne cykle. No i jeszcze filmiki nagrywasz! Niedościgniony wzór.

1452541_636594219717451_1737441139_n2. Varia Czyta

Varia z kolei urzekła mnie minimalistycznym stylem, tak w wyglądzie bloga, jak i w jego treści. Jest rzeczowo (o książkach i nie tylko). Jest pięknie (wystarczy zwrócić uwagę na zdjęcia jej autorstwa). A przede wszystkim wiarygodnie. A o to przecież chodzi. Koniecznie do niej zajrzyjcie! :)

10985306_955629801115940_8998671062091395092_n3. Wstaw Tytuł

Anna Kramarz pisze o książkach (od nich zaczęła), o kulturze (co by do samej literatury się nie ograniczać), ale i o życiu w ogóle (wszak wszystko sprowadza się do tego jednego ;)). A robi to w sposób niezwykle ciekawy, oryginalny, bezpretensjonalny i aż chce się do niej wracać :)

Oczywiście mogłabym wymienić jeszcze kilka innych blogów, które na bieżąco śledzę, a robię to z dużą przyjemnością, niemniej pozostanę przy tych trzech. Przyjdzie czas na polecanie kolejnych :)

BO PIĘKNE RZECZY DZIEJĄ SIĘ W KULTURZE.

TU SPAŁ YOSSARIAN – Erica Heller

d_1859Z Ericą Heller łączy mnie jedna, zasadnicza rzecz – obie nie przeczytałyśmy jak do tej pory „Paragrafu 22”. Ja, po lekturze „Tu spał Yossarian” na pewno tę zaległość nadrobię (mam nadzieję, że jak najszybciej), co się tyczy samej autorki i, co istotniejsze, córki znamienitego autora tegoż dzieła, nie jest to już takie pewne…

Joseph Heller jako pisarz, mąż, a przede wszystkim jako ojciec. Erica Heller wspomina go z wielką dozą szczerości i naturalności, nie pomijając zarówno tych najlepszych, jak i najgorszych momentów z ich wspólnego życia. Nie idealizuje. Patrzy w przeszłość z dystansem i zrozumieniem, choć na tak wiele pytań chciałaby poznać jeszcze odpowiedzi. Decyzje, które jej ojciec podjął, osoby, z których zrezygnował, uczucia, które zawsze tłumił – to wszystko zdawało się świadczyć o wielkim cynizmie i pewnej bezwzględności tego człowieka, a mimo to przebijała się przez niego ogromna miłość. I choć niewypowiedziana, to po stokroć odczuwalna. I ten żal, który po sobie zostawiła…

„— Niezależnie od wszystkiego, nie zostawię twojej matki — powtarzał raz po raz, dobitnie, z dziwnym uśmiechem. — Nigdy!  Nawet jeśli ona przechodzi załamanie nerwowe albo chce doprowadzić do niego mnie. Nawet jeśli codziennie, w każdej minucie, będzie uprzykrzała mi życie. Nawet jeśli przez nią nie będę mógł pisać, spać ani normalnie funkcjonować, nie zostawię jej.
I miesiąc później od niej odszedł.” (Erica Heller, „Tu spał Yossarian”)

Erica Heller znakomicie weszła w rolę narratora. Historia, którą opowiedziała, a która przecież tak bardzo jej dotyczyła, porusza i wyzwala nieodgadniętą pokusę , by jeszcze bardziej wgłębić się w umysł Josepha Hellera. Zdecydowanie sięgnę po jego powieści. Tym bardziej, że tak wiele, jak twierdzi jego pierworodna, „wkładał” w nie ze swojego własnego życia (mimo że się do tego nie przyznawał). Między wierszami pozostawiał to, co najbardziej w nim tkwiło, myśli i uczucia, których nie mógł lub nie chciał wypowiedzieć na głos. Fascynująca, intrygująca wręcz postać, którą tak samo łatwo można pokochać, jak i znienawidzić.

A Erica pięknie poszła w ślady ojca. To naprawdę rewelacyjna książka – polecam!


Tu spał Yossarian/Yossarian slept here – Erica Heller, przeł. Magdalena Słysz, Albatros 2014, s. 304

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n

 

TAM, GDZIE RODZI SIĘ MIŁOŚĆ – Edyta Świętek

548Naprawdę nie wiem, co mam teraz napisać. Edyta Świętek przekonała mnie do siebie „Cieniami przeszłości”, historią, która zaskakiwała i trzymała w napięciu przez większość stron, historią, która pochłonęła mnie bez reszty. Niestety, w przypadku tytułu „Tam, gdzie rodzi się miłość” nie mogę napisać tego samego. I jest mi z tego powodu przykro. Bo kibicowałam autorce, wierząc, że po tak dobrych „Cieniach…” dalej może być już tylko lepiej. Myliłam się?

Chciałabym zaprzeczyć. Tym razem jednak fabuła była – jak dla mnie – zbyt przewidywalna, zbyt pretensjonalna, chwilami nawet irytująca. Owszem, autorka starała się namieszać w głowach czytelników, stworzyć odpowiednie, mylące pozory, byleby tylko podsycić emocje, jednak nie zrobiła tego tak pomysłowo i skutecznie jak w „Cieniach…” (wiem, ciągle porównuję, ale nie mogę inaczej, skoro tamta powieść tak bardzo przypadła mi do gustu).
Historia rudowłosej Darii i jej rodziny mogłaby zachwycić i porwać (były momenty, iż nadzieje na lepszą lekturę znacznie wzrastały). Wszak zapoznanie się z nią zajęło mi raptem dwa dni. Dwa dni! Aż chciałoby się zapytać: to na co ja narzekam? ;) No właśnie, na co? Na miałkie dialogi, słabo naszkicowane postaci, niepotrzebne wątki tudzież mało rozbudowane co niektóre z nich… Trochę by się tego uzbierało. A mimo to przeczytałam tę książkę tak szybko. Zdaje się zatem, że potencjał w niej jest. I to coś, co, mimo wszelkich braków, każe czytać dalej.

Ww. książka mnie nie porwała, choć były na to szanse. Niemniej istnieje możliwość, iż sięgnę po drugą część, która jest już w przygotowaniu – „Tam, gdzie rodzi się zazdrość”. Teraz jednak zdecydowanie Was zachęcam do sięgnięcia po „Cienie przeszłości”, do książki, która jest najlepszą na tę chwilę wizytówką Edyty Świętek – oby więcej takich :)


Tam, gdzie rodzi się miłość – Edyta Świętek, Replika 2015, s. 400

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Replika

replika

 

KULTURALNIE BYŁO: luty ’15

Ostatni dzień lutego (ach, jaki krótki ten miesiąc) jest dobrą okazją do jego podsumowania :)

Poczynając od książek, które udało mi się przeczytać – nie będzie dla Was zaskoczeniem, że były to tylko dwie pozycje (nadal jednak jestem optymistką i wierzę, że nadejdzie dzień, w którym owe statystyki znacznie pójdą w górę ;)) – muszę przyznać, że były one niezwykle ciekawe i szczerze Wam je polecam: „My” Davida Nichollsa i „Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży” Philipa Pullmana. Obecnie jestem w trakcie czytania drugiego tomu „Sherlocka Holmesa” (wyd. Zysk i S-ka) – przepyszna literatura :)

Obejrzałam dwa, znakomite moim zdaniem, filmy: „Zaginioną dziewczynę” (Rosamund Pike!) i „Whiplash” (Oscar dla J.K. Simmonsa jak najbardziej zasłużony – świetna drugoplanowa rola!). Zobaczyłam też w końcu „Idę” – zdobywczynię tegorocznego Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Oczywiście wielkie gratulacje dla autorów tej produkcji, jako Polka bardzo się cieszę z tego wyróżnienia, niemniej będąc z Wami absolutnie szczerą – mnie ten film nie zachwycił. Owszem, podobał się (zwłaszcza rewelacyjna A. Kulesza i urzekające, czarno-białe, niezwykle poetyckie zdjęcia Łukasza Żala), jednak nie zachwycił…
Zaczęłam też oglądać całkiem ciekawy serial – „Wikingowie”. Pierwszy sezon już za mną, zobaczymy, czy kolejne będą równie wciągające.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Monika Borzym, o której pisałam już kiedyś na blogu (klikamy TUTAJ) przyjechała do Ełku wraz z dwoma towarzyszącymi jej muzykami: Krzysztofem Pacanem (bas) i Arturem Gierczakiem (gitara), by zagrać w Jazz Club Papaja koncert (13.02). Oczywiście nie mogło mnie na nim zabraknąć. W zeszłym roku miałam okazję usłyszeć ją na żywo w Białymstoku, toteż wiedziałam już, czego dobrego mogę się po tym występie spodziewać. No i tak, jak przypuszczałam, było bardzo klimatycznie. Monika ma piękny wokal i bardzo świadomie go używa. Co więcej, po koncercie (ja, Krzysztof i jeszcze parę osób) spędziliśmy bardzo uroczy (coby łagodnie się wyrazić) wieczór w towarzystwie artystów :)

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Lutowe zdobycze. Jak ja lubię ten moment ;) W tym miesiącu nazbierało się ich nieco więcej niż w styczniu. „Blue Train” Johna Coltrane’a i „Spark of Life” Marcina Wasilewskiego Trio zakupiliśmy z Krzysztofem w okazyjnych cenach w empiku (jak ja kocham promocje, zwłaszcza tak świetnych pozycji!).
„Tam, gdzie rodzi się miłość” Edyty Świętek do recenzji od wyd. Replika. Bardzo spodobały mi się „Cienie przeszłości” owej autorki, toteż z wielkim zainteresowaniem i z dużymi oczekiwaniami sięgnęłam po ten tytuł (już nawet zaczęłam czytać, ale dopiero kilka stron, a więc za wcześnie, by się wypowiadać).
„Vera Atkins. Kobieta szpieg. Historia najlepszej agentki II wojny światowej” Williama Stevensona – również do recenzji od wyd. Replika. Podejrzewam, że to będzie niezwykle fascynująca lektura.
Biografia jednej z największych wokalistek jazzowych XX wieku nie może nie zachwycić! „Ella Fitzgerald” piórem Stuarta Nicholsona – wręcz nie mogę się doczekać chwili, kiedy zacznę czytać tę książkę (zakup własny).
„My” oraz „Jeden dzień” Davida Nichollsa. Pierwszy tytuł do recenzji od wyd. Świat Książki, drugi zakupiony w Biedronce za niecałe 10 zł (!).
No i ostatnia pozycja, tym razem w języku niemieckim (a więc będzie okazja do podszlifowania tegoż języka) – „Schnee” Orhana Pamuka (prezent).


A teraz czas na małą autopromocję ;) O czym wspominałam już niejednokrotnie, śpiewam w jazzowym zespole o jakże enigmatycznej (co dla niektórych) nazwie Quintertonic. Aranżujemy numery innych, ale tworzymy również swoje własne. Takim utworem jest „Kołysanka”. Muzykę stworzył w przeważającej części nasz saksofonista i klarnecista Marcin Łukawski, słowa zaś napisałam ja :) Radio 5 Ełk postanowiło puścić nasz numer słuchaczom po raz pierwszy 5.02. Nawet nie wiecie, jaka to radość – tym bardziej, że wielu osobom utwór ten naprawdę przypadł do gustu. Jeśli macie ochotę, to sami posłuchajcie:

Bo piękne rzeczy dzieją się w kulturze.

BAŚNIE BRACI GRIMM DLA DOROSŁYCH I MŁODZIEŻY. BEZ CENZURY – Philip Pullman

d_2346Baśnie Braci Grimm – któż ich nie zna? Tych najbardziej znanych jak Czerwony Kapturek, Królewna Śnieżka, Roszpunka, Jaś i Małgosia, Kopciuszek, Śpiąca Królewna czy też wielu, wielu innych, choć już nie tak bardzo skomercjalizowanych. Jestem pewna, że większości z Was kojarzą się one z własnym dzieciństwem. Ja na przykład miałam w domu takie dwa grube tomy z niebieskimi okładkami (na jednej z nich była żaba, a na drugiej kruk – kojarzycie? :)) i doskonale pamiętam, jak bardzo zużyte były w końcu te książki, tak często wertowane…

Philip Pullman postanowił do tych baśni powrócić (do najlepszych jego zdaniem) i przełożyć na nieco bardziej „swobodny” język, choć zachowując przy tym klimat stworzony przez „pierwotnych” opowiadaczy. Jak mu to wyszło? Zacznijmy od poniższego tekstu:

„(…) Materiał opowieści jest gotowy, podobnie jak ciąg akordów melodii granej przez muzyka jazzowego, a nasze zadanie polega na tym, by przechodzić od akordu do akordu, od wydarzenia do wydarzenia, z całą lekkością i swobodą, na jaką nas stać. Opowiadanie baśni to kreacja, tak jak jazz, a pisanie to również rodzaj kreacji” (Philip Pullman, wstęp do Baśni Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury)

Bardzo spodobało mi się to porównanie. Opowiadacz, tak jak muzyk, kreuje pewną rzeczywistość, bazując na określonym temacie (danych wydarzeniach/akordach…). To od osoby przekazującej daną treść zależy, jak zostanie ona przedstawiona, a co za tym idzie – odebrana. Zaciekawiona, weszłam więc w świat baśni Pullmana, czekając na nowe doznania.

Przede wszystkim muszę przyznać, że te teksty rzeczywiście nie nadają się dla młodych czytelników. Tak wiele w nich brutalnych, pełnych grozy scen, choćby taki fragment:

„(…) – Och, matko, matko, oderwałam bratu głowę! – Szlochała, łkała, nie mogła się uspokoić.
– Ach, Marlenko, zła dziewczyno, coś ty zrobiła?! – odezwała się matka. – Cicho sza, niech to będzie tajemnica! Co się stało, to się nie odstanie. Nikomu o tym nie powiemy. Zrobimy z niego gulasz.
Wzięły chłopca, porąbały go na kawałki i włożyły do garnka” (Philip Pullman, Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury)

Szok! Chwilami aż sama nie wierzyłam w to, co czytam. Tyle dziwactw, że aż ciężko zliczyć.
Tylko dobrze mnie zrozumcie – to nie jest powód do narzekań. Dla mnie przeczytanie tego było bardzo ciekawym doświadczeniem czytelniczym. Taki wielki kontrast do tego, co pamiętam z dzieciństwa. A może pamięć mnie już nieco zawodzi, może te baśnie kiedyś też takie były? Tylko pisane „między wierszami” i wówczas wielu rzeczy nie rozumiałam – chyba trzeba do nich powrócić :) Ach, to naprawdę warto przeczytać. Uśmiechy, niedowierzania, chwilami nawet momenty obrzydzenia (takie tam opowiastki o kazirodczych zapędach ojca do córki, różnego rodzaju morderstwa itp.), tyle różnych uczuć pojawia się w trakcie lektury. Zdecydowanie warto po tę pozycję sięgnąć! Przenieść się w ten mroczny świat pełen czarnej magii, niewyjaśnionych, zagadkowych zdarzeń – jakże to wciąga! Ale żeby nie było, że tak wszystko w czarnych kolorach – jest i dobrobyt i szczęścia dużo, i miłość od pierwszego wejrzenia jest (i żyli długo i szczęśliwie).

Interesująca, pięknie wydana pozycja – polecam!


Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury/Grimm Tales for Young and Old – Philip Pullman, przeł. Tomasz Wyżyński, Albatros 2014, s. 464

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n

 

 

MY – David Nicholls

MyRzecz mało odkrywcza, ale jakże prawdziwa – wygląd zewnętrzny ma znaczenie. I nawet jeśli (co oczywiste) nie tak wielkie, jak to, co jest „w środku”, to pierwsze wrażenie, ten moment przyciągania (lub jego brak) ma znaczenie. To, co widzimy – ma znaczenie. W przypadku najnowszej książki Davida Nichollsa (dla mnie pierwszej, z którą miałam do czynienia) wygląd okładki miał znaczenie. Ujrzawszy ją, uznałam, że chcę wiedzieć, co się pod nią kryje.

No i dowiedziałam się, czego absolutnie nie żałuję. Jest to bowiem bardzo ciekawa książka. Wciągnęłam się od pierwszej strony, ale kto by się nie wciągnął po takim wyznaniu…

„Connie usiadła.
– O czym ty mówisz?
– Wszystko w porządku. Ani śladu włamywaczy.
– Nie mówiłam o włamywaczach. Mówiłam, że nasze małżeństwo dobiegło końca. Douglasie, chyba chcę od ciebie odejść” (David Nicholls, My)

Ot tak, po prostu. Po prawie 25 latach małżeństwa.

A potem wyjechali w wakacyjną podróż. Oni i ich 17-letni syn, Albie. Douglas postanowił zrobić wszystko, by uratować swój związek z Connie, chciał jej udowodnić, że nadal mogą być razem, że jeszcze wiele dobrego ich czeka, że wszystko się jakoś ułoży. Marzył o tym, bo kochał swoją żonę ponad wszystko i nie wyobrażał sobie życia bez niej. Nie miał jednak łatwego zadania. Nie przy charakterze Connie, a tym bardziej Albiego, którzy niejednokrotnie byli wobec niego bardzo nieuczciwi i jeszcze bardziej samolubni. I tak jakoś wyszło, że to on musiał się starać, tak o względy żony, jak i poważanie (nie mówiąc o miłości) syna. Tak bardzo chciał mieć ich blisko siebie, tak bardzo chciał, by oni pragnęli tego samego…

To Douglas jest narratorem w tej powieści. To on opowiada nam historię swojego małżeństwa i ojcostwa. I to jemu kibicuje się najbardziej. I wcale niekoniecznie po to, by w pełni odzyskał swoją rodzinę. Moim zdaniem Douglas zasłużył na coś więcej i nie ukrywam, że cieszyłam się, gdy choćby w najmniejszym stopniu to dostawał.

Bardzo Wam polecam ten tytuł. Jest o miłości, która powinna trwać wiecznie, i której nic nie powinno zagrażać. A jednak. Czasem wszystko się zmienia. Tak nagle. Tak z zaskoczenia. A może po prostu jesteśmy zbyt zaślepieni, by w porę dostrzec pierwsze oznaki nieuniknionego? Może podświadomie wyzbywamy się poczucia, że to, co widzimy ma jakieś znaczenie?

Ku własnym przemyśleniom.


My/Us – David Nicholls, przeł. Jan Kraśko, Świat Książki 2015, s. 478

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki

logo sk promocja

 

KULTURALNIE BYŁO: styczeń ’15

Już dawno rozpoczął się kolejny miesiąc, niemniej na chwilę jeszcze powrócę do tego poprzedniego, do stycznia. Nie działo się wówczas u mnie zbyt wiele pod względem czytelniczym, ale i tak uważam ten okres za udany. Przede wszystkim dlatego, że wzięłam udział w trzech kolejnych, tym razem wyjazdowych koncertach „Pójdźcie za Gwiazdą” (w ramach przypomnienia klikamy tutaj i tutaj) – publiczność z okolicznych miejscowości (Kalinowo, 10.01, Pisanica, 11.01, Stare Juchy, 21.01) przyjęła nas bardzo ciepło, toteż grało i śpiewało się bardzo dobrze :). Miałam też ogromną przyjemność wystąpić wraz z moim ukochanym zespołem Quintertonic na prywatnym przyjęciu urodzinowym (Ełk, 16.01) – tu również atmosfera sprzyjała powstawaniu dobrym dźwiękom :).

Wracając jednak do tematu książek – przeczytałam jedynie „Morderstwo jako dzieło sztuki” Davida Morrella, ale, na szczęście, była to bardzo dobra powieść historyczna, także szczerze Wam ją polecam. W większości mam już za sobą również „Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury”, także niebawem napiszę parę słów na temat tej pozycji, moim zdaniem całkiem ciekawej zresztą :). W styczniu napisałam Wam również dwie recenzje książek przeczytanych jeszcze w grudniu („Dziewczyna, która słyszała kolory” – z racji, że nie przypadła mi do gustu, podałam ją dalej oraz „Ważne rozmowy Krysi o świecie. Tom 2. Rozmowy o konsumpcjonizmie”). O listopadowo-grudniowych numerach English Matters i Deutsch Aktuell również mogliście przeczytać  u mnie dopiero w styczniu (wiem, wiem, muszę się poprawić w kwestii organizacji czasu ;)).

Jeśli chodzi o obcowanie z kulturą „na zewnątrz”, to mogę wspomnieć jedynie o dwóch wyjściach do kina (oczywiście z moim ukochanym Krzysztofem :)). Pierwszym filmem był „Hobbit. Bitwa Pięciu Armii”. I cóż mogę powiedzieć, to na pewno nie jest już ten sam klimat, co we „Władcy Pierścieni”, niemniej sentyment pozostaje, także nie mogłabym nie obejrzeć tej produkcji. I nawet jeśli nie było już takiego zachwytu, jak przy Trylogii, to choćby dla samego Martina Freemana warto było! Co zaś tyczy drugiego filmu – „Exodus: Bogowie i królowie” również mnie nie powalił, chwilami się dłużył i nie do końca spełnił moje oczekiwania, ostatecznie jednak podobał mi się. Świetnie zobrazowane plagi egipskie, Christian Bale jako Mojżesz oraz Joel Edgerton jako Ramzes spisali się (co do tego drugiego, to Krzysztof miał odmienne zdanie ;)), szkoda tylko, że wątek ich relacji nie został nieco bardziej rozbudowany.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

No i moje styczniowe zdobycze. Powstrzymałam się przed zamawianiem/kupowaniem jakichkolwiek tytułów (zbyt duże zaległości na półkach), także, jak widać na wyżej załączonym zdjęciu, są tylko trzy pozycje. „Niedokończone opowieści” Charlotte Brontë kupiłam (a jednak!), bo była fajna promocja w empiku (-30%), „Potomków pierwszej czarownicy” dostałam od samej autorki, Zuzanny Gajewskiej (kochana, bardzo Ci dziękuję :)), natomiast płytę z autografem Gabi Kulki, The Escapist, otrzymałam od mojego najcudowniejszego Krzysztofa – oświetlał jej koncert w Jazz Club Papaja (ja nie mogłam na nim być, bo sama grałam swój własny – patrz wyżej Quintertonic, 16.01). Muszę przyznać, że to bardzo dobra muzyka. Już wcześniej słyszałam o porównaniach do Tori Amos czy Kate Bush i rzeczywiście nie da się nie porównywać, niemniej nie ma w tym nic złego, bo poziom Gabi jest równie wysoki, co u wyżej wymienionych artystek. Dla mnie bomba!

Bo piękne rzeczy dzieją się w kulturze.

ENGLISH MATTERS & DEUTSCH AKTUELL

SAMSUNG CAMERA PICTURESZ przykrością stwierdzam, że (z różnych przyczyn, nierzadko z powodu zwykłego lenistwa) nie przeznaczam zbyt wiele czasu na naukę języków obcych. Żałuję, bo wiem, jak bardzo sobie w ten sposób szkodzę – a na pewno nie pomagam. Bardzo podoba mi się to, co robi Olga z Wielkibuk.com – ona bowiem bardzo dużo czyta w oryginale! Ja również wciąż się do tego zbieram. Póki co jednak udaje mi się jedynie od czasu do czasu sięgnąć po czasopisma Colorful Media (na szczęście chociaż po nie), dzięki czemu choćby w najmniejszym stopniu wzbogacam swój niemiecki i angielski o nowe słownictwo, wyrażenia itp.

Numery listopadowo-grudniowe (eh, znowu z pewnym opóźnieniem… toż już dawno styczniowo-lutowe są w sprzedaży) czytało się dobrze, choć szczerze przyznaję, że jeden z nich był dla mnie dość dużym, pod względem zrozumienia, wyzwaniem.

Deutsch Aktuell

To właśnie ten tytuł sprawił mi największe trudności (jak dobrze, że pod każdym artykułem znajduje się słowniczek z polskimi odpowiednikami tych najbardziej kłopotliwych dla mnie wyrazów). Tak mało mam do czynienia z językiem niemieckim na co dzień. I tracę przez to, wiem. Nie chciałabym, żeby tyle lat nauki poszło na marne, niemniej coraz więcej zapominam… Zdaje się, że jedno czasopismo na dwa miesiące to zdecydowanie za mało. Co zaś tyczy tematyki tegoż numeru, to jest w nim mowa m.in. o ciekawych, śnieżnych, wartych zwiedzenia miejsc w Niemczech (Winterzeit: Spaß im Schnee), o Dniu Św. Marcina, jak i o nim samym (St. Martin – wer war das?), o niemieckim aktorze, który zdobył sławę również w Hollywood (Til Schweiger – der erfolgreichste Filmemacher aus Deutschland), o podróżowaniu rowerem po pięknych zakątkach Niemiec (Mit dem Fahrrad unterwegs in Deutschland), o tym, co najchętniej oglądają Niemcy (Deutschland – was guckst du?), o jednej z najstraszniejszych chorób świata (Gib AIDS keine Chance!), o surfowaniu po sieci w pracy (Surfen bis der Chef kommt), o piłkarskiej drużynie narodowej Niemiec (Warum wurde Deutschland zum vierten Mal Fußball-Weltmeister?), o niemieckim smakołyku (wraz z przepisem, więc będzie trzeba kiedyś go wypróbować :)) – o buchtach, czyli bułeczkach drożdżowych połączonych ze sobą bokami, najczęściej z nadzieniem (Flaumige Klassiker).

English Matters

Z językiem angielskim idzie mi znacznie łatwiej. Pewnie dlatego, że a) bardzo lubię ten język b) obcuję z nim na co dzień (choćby poprzez słuchanie muzyki czy oglądanie filmów). Ten numer zachwycił mnie już samą okładką (Benedict Cumberbatch – słynny, serialowy Sherlock!), toteż wiedziałam, że i artykuły w środku mnie nie zawiodą. Najciekawsze z nich to: The Meteoric Rise of Benedict Cumberbatch – bo jakże inaczej ;) oraz Elementary, My Dear Watson! – tu już konkretnie o samym serialu „Sherlock” (uwielbiam!!!), ale również Destination: America – wywiad z Markiem Wałkuskim, autorem książki „Wałkowanie Ameryki” (jeszcze jej nie czytałam, ale myślę, że to tylko kwestia czasu), Vlogging It Out – ja jeszcze nie vloguję, ale kto wie, czy kiedyś się nie odważę ;), The Melting Pot of Beijing – podróże, ach podróże :) Mój Krzysztof był już kiedyś w Chinach, może i ja kiedyś będę ;), Let’s Get Movin’ – stale to sobie powtarzam, ale tylko na tym poprzestaję (motywacja jest, tylko z chęciami coś na bakier ;)).

A magazyny Colorful Media polecam. Jak zawsze.


1. English Matters, nr 49/2014, Colorful Media, s. 42
2. Deutsch Aktuell, nr 67/2014, Colorful Media, s. 38

CM2014_biale_tlo_200px_zpsc5ebdce7