ŻYCIE W PRL. I STRASZNIE, I ŚMIESZNIE – Iwona Kienzler

7733Urodziłam się w 1988 roku, a zatem jeszcze w Polskiej Republice Ludowej. Niedługo jednak dane mi było żyć w tym dość specyficznym okresie państwa polskiego (skończył się w 1989 roku, uff). Wiadomo, że nie był to łatwy okres, choć przez wielu wspominany z dużym rozrzewnieniem. Nie mnie to oceniać, czy słusznie (sentyment do czasów młodości robi swoje), niemniej książkę na temat tego, po trosze strasznego, po trosze śmiesznego jednak czasu (myślę, że z przewagą tego pierwszego), przeczytałam z wielkim zaciekawieniem.

Iwona Kienzler napisała książkę, od której warto rozpocząć swoją przygodę z historią PRL. Polecam przede wszystkim młodym osobom, dla których ten okres jest na tyle odległy, iż ciężko im go z czymkolwiek skojarzyć – w trakcie czytania przekonacie się, że jednak kojarzycie, już nawet przeglądając spis treści ;) Długie kolejki po wszystko, Fiat 126p, Milicja Obywatelska – któż o tym nie słyszał? Autorka pisze o polityce, sztuce, życiu codziennym, szkole i wychowaniu, o kobietach, Kościele, o pracy i bezrobociu, o cenzurze (to chyba jeden z bardziej oburzających mnie aspektów życia w PRL), o kulturze. A pisze bardzo przystępnie – prostym i zrozumiałym językiem. Dużym plusem są liczne dowcipy i anegdoty (rzekłabym, że nawet zgryźliwości, choć zapewne nieuniknione) zawarte w tej pozycji, idealnie obrazujące czasy PRL. Przykłady poniżej:

Przychodzi budowlaniec do majstra:
– Panie majstrze, łopata mi się złamała!
– To się oprzyj o betoniarkę!

– Ilu was pracuje?
– Z majstrem siedmiu.
– Czyli bez majstra sześciu?
– Nie, bez majstra to nikt nie pracuje.

– Co to jest prasa, radio i telewizja w PRL?
– Środki musowego przekazu.

„Życie w PRL. I strasznie, i śmiesznie” to książka warta przeczytania. Nie wyczerpuje tematu (bo jakże to zrobić na 358 stronach?), ale w interesujący sposób przedstawia znamienne aspekty życia w tamtych latach. Polecam.


Życie w PRL. I strasznie, i śmiesznie – Iwona Kienzler, Bellona 2015, s. 358

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Bellona

SHERLOCK HOLMES T.2, T.3 – Arthur Conan Doyle

SAMSUNG CAMERA PICTURESUdało się! Przeczytałam w końcu wszystko, co jak dotąd zostało wydane o najsłynniejszym detektywie wszech czasów. Sherlock Holmes nie jest mi już znany jedynie ze słyszenia. Poznałam jego przygody, jego niezwykłe umiejętności i z czystym sumieniem mogę poświadczyć, że wielce zasłużył na swoją sławę. Mieć taki bystry umysł – marzenie. Podziwiam i podziwiać nie przestanę, gdyż cenię sobie prawdziwą, dogłębną zdolność widzenia. Bo patrzeć i widzieć nie zawsze znaczy to samo…

Sherlock, ach ten Sherlock. I po latach spędzonych razem nie przestaje zadziwiać nawet swego najwierniejszego, jeśli nie jedynego przyjaciela – Johna Watsona. Trudno się temu dziwić, skoro udaje mu się rozwiązywać zagadki nie do rozwiązania w sposób nieraz wielce nieprawdopodobny. Czasem krótkie spojrzenie wystarcza, by znaleźć najważniejsze dowody zbrodni. Ach, cóż za talent! Uwielbiam!

Jednak równie mocno polubiłam postać doktora Watsona. Jego lojalność wobec Holmesa, szczera przyjaźń i chęć samodoskonalenia się w dziedzinie mistrzowsko opanowanej przez Sherlocka zasługują na ogromną pochwałę. Czasem jedno słowo wystarcza, by zachęcić go do opuszczenia domowych pieleszy (w tym towarzystwa żony) i udania się wraz z Sherlockiem gdziekolwiek ten drugi wskaże. Chwilami aż mnie to rozczula.

Arthur Conan Doyle stworzył postać niezwykłą, ponadczasową, kultową – o tym nikogo nie trzeba przekonywać. Stworzył również pewien schemat prowadzenia historii, a ściślej mówiąc prowadzenia śledztwa przez zacnego jegomościa. Przychodzi klient – Sherlock wie już o nim niemal wszystko – „pokaż mi, jak wyglądasz (np. jakie nosisz ubranie), a powiem ci kim jesteś” ;) Wówczas zaczyna się opowieść pokrzywdzonego tudzież zaniepokojonego jakimiś zdarzeniami/zachowaniami itd. – Sherlock zaczyna się interesować coraz bardziej, słucha z uwagą, po czym kończy spotkanie, mówiąc danej osobie, by poszła do domu, by dnia następnego mogła usłyszeć odpowiedź (na jakiekolwiek by to było pytanie). I tak też się dzieje (mniej więcej w takiej właśnie formie) – Sherlock migiem rozwiązuje zagadki kryminalne, tłumacząc na koniec dokładnie, w jaki sposób mu się to udało. I wtedy wszyscy czują się jak idioci (wszak to takie proste było).

Sherlock Holmes t.2 i t.3 (t.1 tutaj) to przede wszystkim niezbyt długie opowiadania, a że oba tomy razem liczą ponad 1700 stron, to sami się domyślcie, jak wiele zagadek kryminalnych jest w nich do rozwiązania. No i jeszcze to piękne, solidne, dopełnione oryginalnymi ilustracjami Sidneya Pageta wydanie, zarówno jednego, jak i drugiego tomu – czy nadal muszę Was przekonywać? ;)

Szczerze Was zachęcam do zapoznania się ze wszystkimi częściami przygód Sherlocka Holmesa. Wszak to klasyk, którego trzeba znać. Nie bądźmy ignorantami. Poznawajmy, nadrabiajmy zaległości, ćwiczmy umysły, miejmy coś do powiedzenia – a najlepiej, żeby to było coś mądrego – bierzmy więc przykład od tych najlepszych ;)


1. Sherlock Holmes t.2: Dolina trwogi. Przygody Sherlocka Holmesa. Szpargały Sherlocka Holmesa/The Valley of Fear. The Adventures of Sherlock Holmes. The Memoirs of Sherlock Holmes – Arthur Conan Doyle, przeł. Jerzy Łoziński, Zysk i S-ka 2014, s. 839
2. Sherlock Holmes t.3: Powrót Sherlocka Holmesa. Pożegnalny ukłon. Archiwum Sherlocka Holmesa/The Return of Sherlock Holmes. His Last Bow. The Casebook of Sherlock Holmes – Arthur Conan Doyle, przeł. Jerzy Łoziński, Zysk i S-ka 2014, s. 896

Za egzemplarze recenzenckie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

logo-zysk

TU SPAŁ YOSSARIAN – Erica Heller

d_1859Z Ericą Heller łączy mnie jedna, zasadnicza rzecz – obie nie przeczytałyśmy jak do tej pory „Paragrafu 22”. Ja, po lekturze „Tu spał Yossarian” na pewno tę zaległość nadrobię (mam nadzieję, że jak najszybciej), co się tyczy samej autorki i, co istotniejsze, córki znamienitego autora tegoż dzieła, nie jest to już takie pewne…

Joseph Heller jako pisarz, mąż, a przede wszystkim jako ojciec. Erica Heller wspomina go z wielką dozą szczerości i naturalności, nie pomijając zarówno tych najlepszych, jak i najgorszych momentów z ich wspólnego życia. Nie idealizuje. Patrzy w przeszłość z dystansem i zrozumieniem, choć na tak wiele pytań chciałaby poznać jeszcze odpowiedzi. Decyzje, które jej ojciec podjął, osoby, z których zrezygnował, uczucia, które zawsze tłumił – to wszystko zdawało się świadczyć o wielkim cynizmie i pewnej bezwzględności tego człowieka, a mimo to przebijała się przez niego ogromna miłość. I choć niewypowiedziana, to po stokroć odczuwalna. I ten żal, który po sobie zostawiła…

„— Niezależnie od wszystkiego, nie zostawię twojej matki — powtarzał raz po raz, dobitnie, z dziwnym uśmiechem. — Nigdy!  Nawet jeśli ona przechodzi załamanie nerwowe albo chce doprowadzić do niego mnie. Nawet jeśli codziennie, w każdej minucie, będzie uprzykrzała mi życie. Nawet jeśli przez nią nie będę mógł pisać, spać ani normalnie funkcjonować, nie zostawię jej.
I miesiąc później od niej odszedł.” (Erica Heller, „Tu spał Yossarian”)

Erica Heller znakomicie weszła w rolę narratora. Historia, którą opowiedziała, a która przecież tak bardzo jej dotyczyła, porusza i wyzwala nieodgadniętą pokusę , by jeszcze bardziej wgłębić się w umysł Josepha Hellera. Zdecydowanie sięgnę po jego powieści. Tym bardziej, że tak wiele, jak twierdzi jego pierworodna, „wkładał” w nie ze swojego własnego życia (mimo że się do tego nie przyznawał). Między wierszami pozostawiał to, co najbardziej w nim tkwiło, myśli i uczucia, których nie mógł lub nie chciał wypowiedzieć na głos. Fascynująca, intrygująca wręcz postać, którą tak samo łatwo można pokochać, jak i znienawidzić.

A Erica pięknie poszła w ślady ojca. To naprawdę rewelacyjna książka – polecam!


Tu spał Yossarian/Yossarian slept here – Erica Heller, przeł. Magdalena Słysz, Albatros 2014, s. 304

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n

 

TAM, GDZIE RODZI SIĘ MIŁOŚĆ – Edyta Świętek

548Naprawdę nie wiem, co mam teraz napisać. Edyta Świętek przekonała mnie do siebie „Cieniami przeszłości”, historią, która zaskakiwała i trzymała w napięciu przez większość stron, historią, która pochłonęła mnie bez reszty. Niestety, w przypadku tytułu „Tam, gdzie rodzi się miłość” nie mogę napisać tego samego. I jest mi z tego powodu przykro. Bo kibicowałam autorce, wierząc, że po tak dobrych „Cieniach…” dalej może być już tylko lepiej. Myliłam się?

Chciałabym zaprzeczyć. Tym razem jednak fabuła była – jak dla mnie – zbyt przewidywalna, zbyt pretensjonalna, chwilami nawet irytująca. Owszem, autorka starała się namieszać w głowach czytelników, stworzyć odpowiednie, mylące pozory, byleby tylko podsycić emocje, jednak nie zrobiła tego tak pomysłowo i skutecznie jak w „Cieniach…” (wiem, ciągle porównuję, ale nie mogę inaczej, skoro tamta powieść tak bardzo przypadła mi do gustu).
Historia rudowłosej Darii i jej rodziny mogłaby zachwycić i porwać (były momenty, iż nadzieje na lepszą lekturę znacznie wzrastały). Wszak zapoznanie się z nią zajęło mi raptem dwa dni. Dwa dni! Aż chciałoby się zapytać: to na co ja narzekam? ;) No właśnie, na co? Na miałkie dialogi, słabo naszkicowane postaci, niepotrzebne wątki tudzież mało rozbudowane co niektóre z nich… Trochę by się tego uzbierało. A mimo to przeczytałam tę książkę tak szybko. Zdaje się zatem, że potencjał w niej jest. I to coś, co, mimo wszelkich braków, każe czytać dalej.

Ww. książka mnie nie porwała, choć były na to szanse. Niemniej istnieje możliwość, iż sięgnę po drugą część, która jest już w przygotowaniu – „Tam, gdzie rodzi się zazdrość”. Teraz jednak zdecydowanie Was zachęcam do sięgnięcia po „Cienie przeszłości”, do książki, która jest najlepszą na tę chwilę wizytówką Edyty Świętek – oby więcej takich :)


Tam, gdzie rodzi się miłość – Edyta Świętek, Replika 2015, s. 400

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Replika

replika

 

BAŚNIE BRACI GRIMM DLA DOROSŁYCH I MŁODZIEŻY. BEZ CENZURY – Philip Pullman

d_2346Baśnie Braci Grimm – któż ich nie zna? Tych najbardziej znanych jak Czerwony Kapturek, Królewna Śnieżka, Roszpunka, Jaś i Małgosia, Kopciuszek, Śpiąca Królewna czy też wielu, wielu innych, choć już nie tak bardzo skomercjalizowanych. Jestem pewna, że większości z Was kojarzą się one z własnym dzieciństwem. Ja na przykład miałam w domu takie dwa grube tomy z niebieskimi okładkami (na jednej z nich była żaba, a na drugiej kruk – kojarzycie? :)) i doskonale pamiętam, jak bardzo zużyte były w końcu te książki, tak często wertowane…

Philip Pullman postanowił do tych baśni powrócić (do najlepszych jego zdaniem) i przełożyć na nieco bardziej „swobodny” język, choć zachowując przy tym klimat stworzony przez „pierwotnych” opowiadaczy. Jak mu to wyszło? Zacznijmy od poniższego tekstu:

„(…) Materiał opowieści jest gotowy, podobnie jak ciąg akordów melodii granej przez muzyka jazzowego, a nasze zadanie polega na tym, by przechodzić od akordu do akordu, od wydarzenia do wydarzenia, z całą lekkością i swobodą, na jaką nas stać. Opowiadanie baśni to kreacja, tak jak jazz, a pisanie to również rodzaj kreacji” (Philip Pullman, wstęp do Baśni Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury)

Bardzo spodobało mi się to porównanie. Opowiadacz, tak jak muzyk, kreuje pewną rzeczywistość, bazując na określonym temacie (danych wydarzeniach/akordach…). To od osoby przekazującej daną treść zależy, jak zostanie ona przedstawiona, a co za tym idzie – odebrana. Zaciekawiona, weszłam więc w świat baśni Pullmana, czekając na nowe doznania.

Przede wszystkim muszę przyznać, że te teksty rzeczywiście nie nadają się dla młodych czytelników. Tak wiele w nich brutalnych, pełnych grozy scen, choćby taki fragment:

„(…) – Och, matko, matko, oderwałam bratu głowę! – Szlochała, łkała, nie mogła się uspokoić.
– Ach, Marlenko, zła dziewczyno, coś ty zrobiła?! – odezwała się matka. – Cicho sza, niech to będzie tajemnica! Co się stało, to się nie odstanie. Nikomu o tym nie powiemy. Zrobimy z niego gulasz.
Wzięły chłopca, porąbały go na kawałki i włożyły do garnka” (Philip Pullman, Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury)

Szok! Chwilami aż sama nie wierzyłam w to, co czytam. Tyle dziwactw, że aż ciężko zliczyć.
Tylko dobrze mnie zrozumcie – to nie jest powód do narzekań. Dla mnie przeczytanie tego było bardzo ciekawym doświadczeniem czytelniczym. Taki wielki kontrast do tego, co pamiętam z dzieciństwa. A może pamięć mnie już nieco zawodzi, może te baśnie kiedyś też takie były? Tylko pisane „między wierszami” i wówczas wielu rzeczy nie rozumiałam – chyba trzeba do nich powrócić :) Ach, to naprawdę warto przeczytać. Uśmiechy, niedowierzania, chwilami nawet momenty obrzydzenia (takie tam opowiastki o kazirodczych zapędach ojca do córki, różnego rodzaju morderstwa itp.), tyle różnych uczuć pojawia się w trakcie lektury. Zdecydowanie warto po tę pozycję sięgnąć! Przenieść się w ten mroczny świat pełen czarnej magii, niewyjaśnionych, zagadkowych zdarzeń – jakże to wciąga! Ale żeby nie było, że tak wszystko w czarnych kolorach – jest i dobrobyt i szczęścia dużo, i miłość od pierwszego wejrzenia jest (i żyli długo i szczęśliwie).

Interesująca, pięknie wydana pozycja – polecam!


Baśnie Braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury/Grimm Tales for Young and Old – Philip Pullman, przeł. Tomasz Wyżyński, Albatros 2014, s. 464

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n

 

 

MY – David Nicholls

MyRzecz mało odkrywcza, ale jakże prawdziwa – wygląd zewnętrzny ma znaczenie. I nawet jeśli (co oczywiste) nie tak wielkie, jak to, co jest „w środku”, to pierwsze wrażenie, ten moment przyciągania (lub jego brak) ma znaczenie. To, co widzimy – ma znaczenie. W przypadku najnowszej książki Davida Nichollsa (dla mnie pierwszej, z którą miałam do czynienia) wygląd okładki miał znaczenie. Ujrzawszy ją, uznałam, że chcę wiedzieć, co się pod nią kryje.

No i dowiedziałam się, czego absolutnie nie żałuję. Jest to bowiem bardzo ciekawa książka. Wciągnęłam się od pierwszej strony, ale kto by się nie wciągnął po takim wyznaniu…

„Connie usiadła.
– O czym ty mówisz?
– Wszystko w porządku. Ani śladu włamywaczy.
– Nie mówiłam o włamywaczach. Mówiłam, że nasze małżeństwo dobiegło końca. Douglasie, chyba chcę od ciebie odejść” (David Nicholls, My)

Ot tak, po prostu. Po prawie 25 latach małżeństwa.

A potem wyjechali w wakacyjną podróż. Oni i ich 17-letni syn, Albie. Douglas postanowił zrobić wszystko, by uratować swój związek z Connie, chciał jej udowodnić, że nadal mogą być razem, że jeszcze wiele dobrego ich czeka, że wszystko się jakoś ułoży. Marzył o tym, bo kochał swoją żonę ponad wszystko i nie wyobrażał sobie życia bez niej. Nie miał jednak łatwego zadania. Nie przy charakterze Connie, a tym bardziej Albiego, którzy niejednokrotnie byli wobec niego bardzo nieuczciwi i jeszcze bardziej samolubni. I tak jakoś wyszło, że to on musiał się starać, tak o względy żony, jak i poważanie (nie mówiąc o miłości) syna. Tak bardzo chciał mieć ich blisko siebie, tak bardzo chciał, by oni pragnęli tego samego…

To Douglas jest narratorem w tej powieści. To on opowiada nam historię swojego małżeństwa i ojcostwa. I to jemu kibicuje się najbardziej. I wcale niekoniecznie po to, by w pełni odzyskał swoją rodzinę. Moim zdaniem Douglas zasłużył na coś więcej i nie ukrywam, że cieszyłam się, gdy choćby w najmniejszym stopniu to dostawał.

Bardzo Wam polecam ten tytuł. Jest o miłości, która powinna trwać wiecznie, i której nic nie powinno zagrażać. A jednak. Czasem wszystko się zmienia. Tak nagle. Tak z zaskoczenia. A może po prostu jesteśmy zbyt zaślepieni, by w porę dostrzec pierwsze oznaki nieuniknionego? Może podświadomie wyzbywamy się poczucia, że to, co widzimy ma jakieś znaczenie?

Ku własnym przemyśleniom.


My/Us – David Nicholls, przeł. Jan Kraśko, Świat Książki 2015, s. 478

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki

logo sk promocja

 

MORDERSTWO JAKO DZIEŁO SZTUKI – David Morrell

d_1836To David Morrell ponad 40 lat temu stworzył postać Rambo. Przyznaję jednak, że ja z tym nazwiskiem zetknęłam się po raz pierwszy całkiem niedawno, bo w 2014 r. Wówczas to otrzymałam od wyd. Albatros egzemplarz jego najnowszej powieści i cóż mogę dodać – lepiej późno niż wcale.

„Morderstwo jako dzieło sztuki” powstało dzięki ciekawości autora. Tak, wiem, że brzmi to dość enigmatycznie, może zbyt ogólnikowo, ale tak właśnie było. Ciekawość zaprowadziła Morrella do głośnych, szokujących wręcz esejów Thomasa De Quinceya, zwanego – wcale nie bez powodu – Opiumistą. I to on stał się jednym z głównych bohaterów owej powieści. On i tragiczna historia, którą spisał, a która „dzięki” Morrellowi (czytaj: twórczej, nieznającej granic wyobraźni pisarza) kilkadziesiąt lat później powtórzyła się…

Książka trzyma w napięciu od początku do końca. Niezwykle ciekawa fabuła, dobrze prowadzona, jeszcze lepiej osadzona (Anglia/epoka wiktoriańska), ze świetnie napisanymi dialogami, emocjonująca. Szkoda tylko, że tak szybko poznajemy tożsamość mordercy. Moim zdaniem zbyt szybko. Niemniej narzekać nie zamierzam, bo motywy popełnionych przezeń zbrodni (tak, tak, liczba mnoga) były na tyle ciekawe, iż jestem w stanie wybaczyć wszystko pozostałe. Ach, no i niesamowita Emily, córka Opiumisty – kobieta, jakich brakowało w wiktoriańskiej Anglii – jakże dobrze, że pojawiła się w tej historii. To choćby dla niej warto po tę powieść sięgnąć. No i to przekonanie ówczesnych Anglików, iż nikt z tzw. wyższych sfer nie dopuściłby się morderstwa – bo niby jaki miałby w tym cel? :)

Polecam.


Morderstwo jako dzieło sztuki/Murder as a Fine Art – David Morrell, przeł. Krzysztof Obłucki, Albatros 2014, s. 480

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n

 

WAŻNE ROZMOWY KRYSI O ŚWIECIE. Tom 2. Rozmowy o konsumpcjonizmie – Małgorzata Danuta Kłaczyńska

Drugi tom z cyklu „Ważne rozmowy Krysi o świecie” nie zawiódł mnie. Po rozmowach o tolerancji Małgorzata Danuta Kłaczyńska postawiła na rozmowy o konsumpcjonizmie. I bardzo dobrze! Wszak jedno nierzadko łączy się z tym drugim.

Bywa, że dla niektórych „mieć” znaczy więcej niż „być”. Co gorsza, w mniemaniu tych osób posiadanie odpowiedniej ilości dóbr materialnych określa ich „rangę” w społeczeństwie – im więcej mają, tym za lepszych się uważają. Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo się mylą… Toż każdy wiedzieć powinien, że nie pieniądze i nie rzeczy za nie kupione świadczą o „wielkości” człowieka. Ale i nie ma co się okłamywać, że nie mają one żadnego znaczenia. Kwestia tylko odpowiedniego podejścia i dystansu, a także próby odpowiedzenia sobie na pytanie: czego tak naprawdę pragnę, co sprawia mi przyjemność, co jest dla mnie ważne – i na tym przede wszystkim się skupiać. Wówczas wszystko będzie tak jak należy. Tak myślę.

Autorka również zdaje sobie z tego sprawę. I próbuje przekazać tę wiedzę tym najmłodszym. Dzięki różnym doświadczeniom Krysi, jej wrodzonej ciekawości, chęci do zadawania wszelkich pytań, a także jej dziadkowi i tacie, którzy nie unikają odpowiedzi, możemy dowiedzieć się wielu interesujących, mądrych, wartych rozważenia rzeczy. Warto więc zapoznać dzieci z tą pozycją, aby już zawczasu wskazywać im właściwą drogę, tłumaczyć konsekwencje pewnych stylów życia. Tym bardziej, jeśli samemu nie wie się, jak na takie tematy z nimi rozmawiać. A rozmawiać trzeba na pewno. To nie podlega moim zdaniem dyskusji.

Także polecam.


Ważne rozmowy Krysi o świecie. Tom 2. Rozmowy o konsumpcjonizmie – Małgorzata Danuta Kłaczyńska, Novae Res 2014, s. 154

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Novae Res

novaeres

DZIEWCZYNA, KTÓRA SŁYSZAŁA KOLORY – Kelly Jones

Tak to już czasem bywa, że oczekiwania względem jakiejś książki znacznie przewyższają to, co w rzeczywistości (dana pozycja) jest nam w stanie ofiarować. Bywa, choć to wcale nie jest przyjemne. Przy „Dziewczynie, która słyszała kolory” wynudziłam się, nawet bardzo, toteż moja opinia na jej temat nie będzie zbyt pochlebna.

Zanim zacznę marudzić: Wydawnictwo Albatros cenię sobie dość wysoko – większość książek, które miałam okazję przeczytać, przypadła mi do gustu. A że w tym przypadku było inaczej – no cóż, nie da się zawsze każdemu dogodzić (choć w gruncie rzeczy zadziwia mnie to, że podjęto decyzję o wydaniu tej książki. Może to rekomendacja Nicholasa Sparksa się do tego przyczyniła? Trudno powiedzieć).

Kelly Jones zadebiutowała historią, która w moim mniemaniu mogła być naprawdę jedną z ciekawszych. Zaintrygowana nietypową zdolnością (tzw. synestezją) głównej bohaterki z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po „Dziewczynę…”. Myślałam, że temat zostanie rozwinięty nieco bardziej, że owa zdolność przyczyni się do stworzenia czegoś oryginalnego, nowego, że zostanie odpowiednio wykorzystana…, a w gruncie rzeczy autorka stworzyła fabułę nadzwyczaj banalną, przewidywalną, a co gorsza – wielce rozczarowującą (o młodej, wiejskiej dziewczynie, która porzuca swój rodzinny dom, by zmienić coś w swoim życiu – no i zmienia w błyskawicznym wręcz tempie, zaczynając jako sprzątaczka, modelka dla malarzy, a kończąc jako znawczyni sztuki u Hitlera). Bywa. Najbardziej irytujący byli jednak sami bohaterzy – płascy, miałcy, niezwykle szybko wypadający z pamięci. Jedynie córka Hanny (tytułowej dziewczyny), Isabella, zyskała moja sympatię – zdawała się być na tle pozostałych wyjątkowo charakterna, a przy tym dość „prawdziwa” (co swoją drogą jest dla mnie niezwykle istotne – mieć poczucie, że dana postać mogłaby istnieć naprawdę, że jest przemyślana od początku do końca).

W ogóle strasznie żałuję, że się na tę książkę zdecydowałam. Nie jestem w stanie powiedzieć chyba nic dobrego. Totalne rozczarowanie. Nieporozumienie, jeśli chodzi o moje upodobania. Bo nawet jeśli były momenty, gdy czytało mi się nieco lepiej, to zaraz pojawiał się taki wątek, który burzył wszelkie nadzieje na poprawę. Zbyt naiwnie, zbyt słabo. Nie dla mnie. Bywa.

***

Dziewczyna, która słyszała kolory/The Woman Who Heard Color – Kelly Jones, przeł. Elżbieta Zychowicz, Albatros 2014, s. 464

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n

PODAM DALEJ „DZIEWCZYNĘ, KTÓRA SŁYSZAŁA KOLORY”

Czytaj dalej

OFICER I SZPIEG – Robert Harris

d_2590Mówi się, że najlepsze scenariusze pisze samo życie. Po przeczytaniu „Oficera i szpiega” Roberta Harrisa, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.

Alfred Dreyfus

Rzecz dotyczy słynnej afery z końca XIX wieku, wokół której nie sposób było przejść obojętnie – tzw. afera Dreyfusa, rzekomego zdrajcy narodu francuskiego. Na nic były jego zapewnienia o niewinności. „Dowody” były zbyt oczywiste, zbyt obciążające – a przynajmniej tak twierdzili najwyżsi rangą dowódcy wojskowi, w tym sam minister wojny… Kiedy więc nowy szef tajnej sekcji wywiadu, Georges Picquart, odkrywa po pewnym czasie pewne „nieścisłości” związane z tą przykrą sprawą, okazuje się, że, mimo dobrych intencji, wcale nie przysłużył się tym swoim przełożonym. Co więcej – jego wiedza staje się dla nich swoistym zagrożeniem.

Picquart

Georges Picquart

Niesamowite jest to, w jaki sposób udało się autorowi przedstawić te 12 lat (1894-1906) stale rozrastającego się skandalu, tak okrutnie świadczącego o ówczesnej władzy wojskowej. Uczciwość, honor, obowiązek wobec narodu… Tego wszystkiego zabrakło w momencie, gdy niepewne stały się co poniektóre posady. Aż krew zalewa, gdy się takie rzeczy czyta! I nie jest to jedynie fikcja literacka. Robert Harris w umiejętny sposób opisał historię, która – co przykre – wydarzyła się przecież naprawdę (przewertował w tym celu wiele materiałów), ale i posłużyła – co mimowolnie teraz cieszy – jako fundament niezwykle wciągającej fabuły. Owszem, sam autor przestrzega, że pewne wątki, postacie, zdarzenia są podkolorowane na potrzeby powieści, niemniej cały czas starał się osnuwać wokół faktów, tak powszechnie w tej sprawie znanych. Książka pochłania od początku do samego końca. Właściwie im dalej, tym już tylko lepiej. Postaci są bardzo dobrze naszkicowane, a główny bohater (Picquart) budzi sympatię, wielki podziw i nie sposób mu nie kibicować podczas tych ciężkich i jakże długich dążeń ku sprawiedliwości.

Koniecznie musicie przeczytać tę książkę! Tym bardziej, że już na początku przyszłego roku rozpoczną się prace nad filmem, który na jej podstawie powstanie. Co więcej – reżyserem będzie Roman Polański, scenarzystą zaś Robert Harris (wcześniej ten duet pracował razem nad filmem „Autor widmo”). Nie wiem, jak wy, ale ja już się nie mogę doczekać. Jestem pewna, że emocje podczas oglądania będą równie mocne, co przy czytaniu :)

***

Oficer i szpieg/An Officer and Spy – Robert Harris, przeł. Andrzej Niewiadomski, Albatros 2014, s. 528

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Albatros

1462861_599721490063259_1030896548_n