SHERLOCK (1,2,3)

Sherlock-seria-3_Jeremy-Lovering,images_big,25,D1311

Sherlock Holmes – detektyw, którego zna cały świat. Dzięki książkom, licznym ekranizacjom czy też po prostu „ze słyszenia” (postać na tyle kultowa, że ciężko by było o niej choć raz nie usłyszeć). Kolejny serial, który w 2010 r. o nim powstał, nie byłby niczym nadzwyczajnym (jak już wspomniałam, nie po raz pierwszy opowiadania Arthura Conana Doyle’a zostały wzięte na warsztat), gdyby nie fakt, że akcję przeniesiono do czasów współczesnych. Wówczas to przygody ów bohatera i jego kompana, dr. Watsona, nabrały całkiem nowego charakteru, przy czym nadal odwoływały się do tych z pierwowzoru literackiego. A to wszystko dzięki BBC, które jak zwykle nie zawiodło.

„Sherlock”, bo taką nazwę nadano produkcji, zachwycił mnie właściwie pod każdym względem – od obsady zaczynając, a na czołówce kończąc. Właściwie to ciężko mi cokolwiek teraz napisać – zdaje się, że wszystko, co dobre, zostało już na temat tego serialu powiedziane (w sieci aż huczy od pozytywnych recenzji – sami sprawdźcie). Aktorzy dobrani idealnie! Benedict Cumberbatch rozpalił serca milionów fanek na całym świecie. Jako inteligentny, o niezwykłych zdolnościach dedukcyjnych Sherlock Holmes wypadł wręcz bez zarzutu – budził podziw (chwilami aż nie nadążałam za jego tokiem myślenia przy odgadywaniu różnych zagadek), potrafił rozśmieszyć (zwłaszcza, gdy się nudził), a przy tym ujmował tym, jak dobrym przyjacielem wbrew pozorom (wszak bywał bezczelny, egoistyczny i zadzierał nosa) potrafił być (umrzeć za najbliższych – nie ma sprawy). Martin Freeman również świetnie odegrał swoją rolę. Muszę przyznać, że dr Watson w jego wykonaniu to postać budząca najszczersze uczucia sympatii. Prostolinijny, normalny, fajny facet. Trwał i wspierał swojego współlokatora nawet wtedy, gdy był całkowicie lekceważony (a zdarzało się to dość często). No i prowadził bloga (bardzo poczytnego zresztą :)). Wspaniały duet – cudownie współgrający.

Wielki plus za tak ciekawie poprowadzoną fabułę – tak wiele rozmaitych zagadek, w tak nietypowy sposób rozwiązanych. Mówię Wam – nie sposób się nudzić przy tym serialu. No i ten klimatyczny (nieraz całkiem mroczny) Londyn – miejsce, o którym marzę, by je kiedyś odwiedzić. Ten serial po prostu trzeba znać! Żal by było, gdybyście go nie poznali – serio! Także czym prędzej nadrabiajcie zaległości. Polecam!

***

Sherlock (Wielka Brytania 2010, 2012, 2013), Best Film

Za egzemplarze recenzenckie dziękuję Best Film

bf_logo

UWAGA! WIELKA AKCJA PROMOCYJNA BBC na DVD!

Każdy z sezonów „Sherlocka” za jedyne 39,99 zł zamiast 69,99 zł! Klikamy w baner :)

AkcjaBBC_WPROST_nr37-2

WSZYSTKO DLA PAŃ [2]

wszystko_dla_pan_seria_2Skoro pierwszy sezon tak bardzo przypadł mi do gustu, to tym chętniej sięgnęłam po kolejny (bo jakże inaczej). Dwupłytowe, pięknie wydane DVD stało się moją własnością, a skoro tylko znalazłam czas na obejrzenie wszystkich (ośmiu) odcinków jednocześnie (bo tak lubię) – zrobiłam to, po czym dzielę się z Wami moją opinią.

Od ostatnich wydarzeń minął rok. John Moray (Emun Elliott) – dawny właściciel domu towarowego „Paradise” – przebywał przez ten czas za granicą. Co więcej – na wygnaniu. Katherine Glendenning (Elaine Cassidy) również była nieobecna. Denise Lovett (Joanna Vanderham) nadal pracowała jako ekspedientka, wyczekując powrotu ukochanego…
Nastał dzień, gdy powrócili – John, Katherine oraz… nowa, tak wiele znacząca postać dla dalszych wydarzeń – Tom Weston (Ben Daniels) i jego córka Flora. No i zaczęło się. Walka o „Paradise”, o władzę, o miłość, o szczęście i marzenia…

W tym sezonie uwydatniono problemy ówczesnych kobiet. Problemy dotyczące ich marginalizacji w świecie mężczyzn (więc choćby za to wielki plus!). W czasach wiktoriańskich (choć nie tylko wtedy, o czym przecież wszyscy wiemy) kobiety miały przede wszystkim pięknie wyglądać, pięknie chodzić, pięknie się wypowiadać, mówiąc krótką – miały być pięknym dodatkiem do mężczyzny (oczywiście mowa tu o tych zamożniejszych kobietach). Interesy robili tylko oni – mężczyźni. Większość się nie sprzeciwiała, ale – wiadomo – zawsze znajdą się wyjątki. Denise była takim wyjątkiem (całkowicie oczarowała mnie swoją dobrocią, niewinnością, szczerością, niegasnącym entuzjazmem i chęcią działania). Jej głowa pełna pomysłów pomogła jej awansować, dzięki czemu miała szansę udowodnić jak wielki talent posiada i jak bardzo dorównuje… mężczyznom (na szczęście wielu to dostrzegło). Wówczas to jednak Moray zaczął czuć się zagrożony i stosunki między nim a jego „małą mistrzynią” zaczęły się coraz bardziej ochładzać. Do ostatniego odcinka nie wiadomo było, jak to się rozegra. Co będzie dla nich ważniejsze.

„Wszystko dla Pań” to niezwykła opowieść o miłości, o tworzeniu od podstaw, o wielkiej pasji i ambicjach, o niepoddawaniu się, o walce o to, co najważniejsze (byleby wcześniej umieć to dostrzec). Szczególnie polecam paniom, które czują, iż zatrzymały się w miejscu, bez wiary we własne możliwości.

Bardzo inspirujący.

***

Wszystko dla Pań/The Paradise (Wielka Brytania 2013), Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

DON JON – Joseph Gordon-Levitt

7571589.3Kiedy usłyszałam o tym filmie, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. W kinie mi się nie udało, ale od czego są przecież wydania DVD (ratunek dla wszystkich spóźnialskich). Swój egzemplarz odtworzyłam z niemałym zainteresowaniem. Temat, który został w tym filmie poruszony, wydał mi się bowiem nadzwyczaj intrygujący… No i ta obsada! To musiało być choć trochę dobre!

No i było! Niestety jednak, w moim mniemaniu, nic ponad trochę. Były momenty, które mi się podobały, były momenty, że się uśmiechałam, ale mimo wszystko czegoś mi w tym filmie zabrakło, choć pewnie przesyt co niektórych „obrazków” także przyczynił się do niższej oceny…

Joseph Gordon-Levitt jako debiutujący pełnometrażowym obrazem reżyser i scenarzysta wypadł całkiem nieźle. Miał swoją własną wizję historii, która wydała mu się niezwykle na czasie, a która miała bawić i zmuszać do przemyśleń na temat intymności, relacji międzyludzkich, związków… Stworzył w tym celu postać Don Jona (jak zwykli, nie bez powodu, nazywać owego bohatera jego kumple), którego sam zresztą zagrał. Rola przekonująca, choć nieco przerysowana. Śmiem jednak sądzić, iż był to celowy zabieg. Zarówno Jon, jak i dziewczyna, w której się „zakochał”, a którą zagrała przepiękna Scarlett Johansson, byli mocno „na wyrost”. Po to zapewne, aby pokazać typowe dla tego typu ludzi zachowania, ich sposób bycia, myślenia oraz to, jak bardzo w tych czasach częste jest traktowanie innych przedmiotowo.

Siłownia, samochód, mieszkanie, Bóg (co niedziela obowiązkowo w kościele!), rodzina, koledzy, dziewczyny i filmy porno (!) – to, bardzo ciekawy zresztą, zbiór rzeczy najważniejszych w życiu Jona :) I ta cotygodniowa spowiedź: masturbowałem się przy oglądaniu filmów dla dorosłych tyle i tyle razy, odbyłem stosunek pozamałżeński tyle i tyle razy, za wszystkie grzechy bardzo żałuję (grzechy oczywiście jak zwykle odpuszczone, odpowiednia liczba „zdrowasiek” zadana).
Być zawsze sexy, mieć swój własny „styl”, jak związek, to tylko rodem z z hollywoodzkich filmów romantycznych, a więc i mężczyzna musi być niczym książę z bajki, spełniający wszelkie zachcianki swojej księżniczki. Aha, no i pamiętajcie, że kupowanie mopów jest absolutnie nie na miejscu – po prostu wstyd i wiocha ;) To mówi Wam Barbara – owe, pozorne spełnienie marzeń Jona.

indexJest jeszcze ta druga. Ta, która sprowadza Jona na ziemię, ta która (zapewne dzięki swej dojrzałości i wielu różnym doświadczeniom) pokazuje mu, co znaczy prawdziwa relacja między kobietą a mężczyzną. Okazuje się, że istnieje uczucie, dzięki któremu filmy porno przestają być największym, niezastąpionym „samozadowalaczem”. Bo Jon wcześniej o tym nie wiedział. Być może nawet jak wielu innych mężczyzn… Esther, w którą wcieliła się Julianne Moore, okazała się być jakimś zbawieniem.

Dla mnie ten film był zbyt obcesowy. Męczyły mnie co rusz pojawiające się – że się tak łagodnie wyrażę – odważne scenki z Internetu i nie tylko. Zbyt duża, choć wiem, że celowa powtarzalność scen, określających osobowość Jona zaczynała po prostu nużyć. Sam pomysł ok, z realizacją nieco gorzej. I chyba jednak pewne spłycenie tego tematu nie zadowala.

Czy warto obejrzeć? Być może, choć jakoś specjalnie namawiać nie będę. Mój narzeczony dzielnie przetrwał te 90 minut, towarzysząc mi w oglądaniu (choć łatwo nie było;)), ale czy podobnie będzie z Wami? Kwestia estetyki – nie każda do każdego przemawia. Wasz wybór.

***

Don Jon/Don Jon (USA 2013) – Jospeh Gordon-Levitt, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

NAJLEPSZE NAJGORSZE WAKACJE – Nat Faxon, Jim Rash

1708-1862-thickboxObejrzałam ostatnio bardzo dobry film! Film, który rozśmiesza, czaruje, ale również zwraca uwagę na ważne, choć trudne kwestie związane z dorastaniem nastolatków, których rodzice się rozeszli i (co jeszcze bardziej komplikuje sytuację ich latorośli) układają sobie życie u boku nowych partnerów

Tak właśnie było w przypadku Duncana (Liam James). Jego matka, Pam (Toni Collette), po rozwodzie zaczęła się spotykać z Trentem (Steve Carell). Mija prawie rok. Całą czwórką (wraz z nastoletnią córką Trenta, Steph) wybierają się na wakacje. Duncan nawet nie próbuje udawać zadowolonego z tego powodu, choć ze względu na swoją rodzicielkę, nie wnosi jawnego sprzeciwu wobec takich wakacji. Co więcej, cierpliwie znosi zasadnicze, wręcz agresywne (na tle psychicznym) zachowanie nowego „chłopaka” matki. Szczerze powiedziawszy bardzo się temu dziwiłam, gdyż moim zdaniem było ono niewybaczalne. Nie dość, że usłyszał od Trenta, że jest zaledwie „3” w 10-punktowej klasyfikacji, to na dodatek wszelkie zasady zdawały się odnosić jedynie do jego osoby (Steph robiła na co miała ochotę, wcale się z tego nie tłumacząc). No więc widzimy tego Duncana, zbiedzonego całą sytuacją, podporządkowującego się jednak nowym regułom po to tylko, by mogło im się udać, choć wcale tego nie pragnie (czego się jednak nie robi dla osoby, którą się kocha). Współczucie rodzi się niemal natychmiast. Współczucie dla Duncana, zdenerwowanie na skupioną na swoim szczęściu matkę oraz jeszcze większa niechęć wobec potencjalnego ojczyma (i ta myśl, by jednak im się nie udało!).

Na szczęście wszystko zaczyna się zmieniać, gdy Duncan poznaje Owena (Sam Rockwell) – totalnie wyluzowanego pracownika miejscowego aquaparku. To on staje się jego nauczycielem, przewodnikiem, a przede wszystkim przyjacielem, bezinteresownie wspierającym go w tym trudnym okresie życia. To on pokazuje mu, że jest warty więcej niż mogłoby mu się wydawać i że nikt nie powinien tego podważać. Świetna postać! Jakże podnosząca na duchu, jakże potrzebna dla kogoś tak smutnego i bez wiary we własne możliwości. Dzięki niemu Duncan zaczyna się zmieniać. Zyskuje pewność siebie i odwagę. Bierność zamienia w czyny – pod każdym niemal względem. Muszę przyznać, że dobór aktorów był pod tym względem wyśmienity. Liam James i Sam Rockwell idealnie weszli w grane przez siebie role, tworząc przesympatyczny duet, wnoszący wiele uśmiechu, a nawet wzruszenia do tego filmu.

„Najlepsze najgorsze wakacje” to film niezwykle odprężający. Przyjemny, lekki (mimo dramatycznych akcentów), bezpretensjonalny, pełen humoru i nadziei. Nat Faxon i Jim Rash (reżyserzy, scenarzyści oraz odtwórcy dwóch epizodycznych ról!) stworzyli bardzo dobry obraz, w którym od samego początku kibicuje się młodemu Duncanowi, wierząc, że uda mu się dostrzec, iż jego szczęście jest równie ważne co pozostałych. Polecam go każdemu z czystym sumieniem. Również ze względu na jeszcze jedną, bardzo zabawną postać innej wczasowiczki, Betty (Allison Janney zagrała wyśmienicie!) – każda scena z jej udziałem powodowała szeroki uśmiech na mojej twarzy :)

Koniecznie obejrzyjcie ten film!

***

Najlepsze najgorsze wakacje/The Way Way Back (USA 2013) – Nat Fixon, Jim Rash, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

KOBIETY NA SKRAJU ZAŁAMANIA NERWOWEGO – Pedro Almodóvar

kobiety-na-skraju-zalamania-nerwowego-b-iext24720413Pedro Almodóvar. Któż o nim nie słyszał? Hiszpański reżyser i scenarzysta, podwójny zdobywca Oscara, znany i ceniony na całym świecie. Wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zapoznać z jego twórczością. Postanowiłam to zmienić, sięgając po film, który przyniósł mu międzynarodową sławę.

Obraz „Kobiety na skraju załamania nerwowego” (nominacja m.in. za najlepszy film nieanglojęzyczny do Oscara i do BAFTY czy za najlepszy film zagraniczny do Złotych Globów) powstał w 1988 r. na podstawie sztuki Jeana Cocteau. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana – dotyczy kobiety, która po odejściu kochanka postanawia zmienić swoje życie. Pepa (w tej roli niezwykle przekonująca Carmen Maura), o której mowa, sporządza w tym celu „specjalne” gazpacho, które Ivan (ów kochanek, którego zagrał Fernando Guillén) tak uwielbia… Akcja filmu rozgrywa się w ciągu dwóch dni. Wiele wówczas się dzieje, zwłaszcza w „głowach” filmowych bohaterek. Poza wspomnianą Pepą mamy jeszcze do czynienia z jej przyjaciółką Candelą (piękna María Barranco) – naiwną modelką, trefnie zakochaną w szyickim terroryście (!). Poznajemy również Lucíę (Julieta Serrano) – psychicznie chorą byłą żonę Ivana, Marisę (Rossy de Palma) – dziewicę (podaję, iż fakt ten ma niemałe znaczenie), narzeczoną „całuśnego” Carlosa (w tej roli – uwaga – Antonio Banderas), a także Paulinę Morales (Kiti Manver) – jak podaje opis filmu – feministyczną panią adwokat.

Mężczyźni – nie od dziś wiadomo, że potrafią w nas – kobietach – wyzwolić takie emocje, które czynią nas „niebezpiecznymi”. Są tacy (np. taksówkarz w filmie), którzy wierzą, że umiejętne postępowanie niweluje „zagrożenie” z naszej strony. Owszem – o ile jest w nim miejsce na szczerość, bezpośredniość i odwagę. Bo kiedy mężczyzna porzuca kobietę, nie mając dla niej żadnych wyjaśnień, najmniejszych nawet chęci do zmierzenia się z jej uczuciami, ze łzami, których stał się powodem, wówczas nie może liczyć z jej strony na zwykłe pogodzenie się z tym stanem. Kobieta tak łatwo nie odpuszcza. Kobieta działa – zgodnie z pojawiającymi się w niej w danej chwili emocjami. Almodóvar świetnie pokazał tę zmienną, jakże wybuchową naturę kobiet. Pepa, gdy dowiedziała się o porzuceniu, początkowo nie chciała uwierzyć, że to koniec, płakała, nie mogła spać, próbowała się skontaktować z Ivanem, chciała się z nim spotkać, porozmawiać, być może namówić do powrotu… Im dłużej jej to nie wychodziło, tym większa złość zaczęła się w niej pojawiać – zrozumiała, że nie może być jedyną ofiarą tego związku, że ona też się liczy, że żaden mężczyzna nie będzie świadczył o jej wartości, że się jemu nie podda. No i się zaczęło. Przyznaję, chwilami było naprawdę bardzo zabawnie (znakomity scenariusz Almodóvara!). Wszelkie zachowania bohaterów miały swoje emocjonalne uzasadnienie (choć czasem dość paradoksalne – m.in. Candela tak bardzo bała się o swoje życie, że skoczyła z balkonu – ale spokojnie, jeszcze w locie zdążyła się opamiętać i nic się jej nie stało ;)), a przy tym niosły za sobą widoczne konsekwencje. Nadmiar zbiegów okoliczności oraz inteligencja Pepy wymusiły dość szybkie odkrycie przyczyny porzucenia jej przez Ivana. A gdy zrobiła wszystko, co uznała za słuszne w tej sprawie, wyciszyła emocje i zaczęła wszystko od nowa.

Almodóvar jak nikt – ponoć – potrafi portretować kobiety. Z wielką chęcią obejrzę jeszcze inne jego dzieła, by się w tym przekonaniu utwierdzić. Póki co, na przykładzie „Kobiet na skraju załamania nerwowego” mogę jedynie stwierdzić, iż ma dla płci pięknej wiele zrozumienia, że dostrzega jej dość skomplikowaną naturę, która nacechowana jest dużą emocjonalnością.

Film polecam wszystkim zainteresowanym kobiecą psychiką – drodzy Panowie, coś dla Was? ;)

***

Kobiety na skraju załamania nerwowego/Mujeres al borde de un ataque de nervios (Hiszpania 1988) – Pedro Almodóvar, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

SYNEKDOCHA, NOWY JORK – Charlie Kaufman

synekdochaTen moment – kiedy kończę oglądać film, ale długo nie mogę przestać o nim myśleć. Czytam opinie innych, wyszukuję „ubrane” w czyjeś słowa moje własne wyobrażenia, odczucia odnośnie tego, co zobaczyłam. Zastanawiam się nad sensem, porównuję z własnymi doświadczeniami, przemyśleniami. Nie mogę przestać myśleć… Tak było i tym razem – „Synekdocha, Nowy Jork” to film, który swoją formą i treścią zachwycił mnie i zmusił do głębokiej refleksji.

Charlie’ego Kaufmana nie trzeba chyba nikomu przedstawiać – mniemam, że każdy, kto choć trochę interesuje się filmem, słyszał już kiedyś to nazwisko. Sławę zyskał jako scenarzysta (Oscar za scenariusz oryginalny do filmu „Zakochany bez pamięci”, który, notabene, uwielbiam!), przy omawianym przeze mnie obrazie zadebiutował jednak jako reżyser i trzeba to przyznać – wyszło mu to znakomicie! Ale żeby nie było – scenariusz też jest jego ;)

Film jest trudny, skomplikowany, niejednoznaczny, nie dla każdego. Wymaga wysiłku intelektualnego, skupienia, dużej wrażliwości. Dotyka tego, co wbrew pozorom zdaje się być najtrudniejsze i tego, co najpewniejsze – tajemnicy życia i śmierci. Główny bohater, Caden Cotard, jest reżyserem teatralnym, który po sukcesie jednej sztuki, rozpoczyna kolejną. Ta z kolei ma być dziełem jego życia, co w ostateczności się udaje – niestety w zbyt dosłownym znaczeniu, gdyż granica między fikcją i rzeczywistością zaczyna coraz bardziej zanikać… Sposób, w jaki zostało to ukazane, niektórym może wcale nie przypaść do gustu – jest dość chaotyczny, czasem niezrozumiały, niektórzy mogą powiedzieć, że wręcz dziwaczny. Być może, ale ja dostrzegłam w tym pewien artyzm, zresztą niezwykle do mnie przemawiający. Te wycięte czasem z kontekstu sceny, miały swoją siłę, swego rodzaju prawdę. Mam wrażenie, że nic tam nie powstało bez przyczyny, że wszystko było bardzo dobrze przemyślane, choć łatwo można było się w tym wszystkim pogubić;)

Z pewną przykrością oglądałam poczynania aktorskie odtwórcy głównej roli, ale tylko z jednego powodu – był nim nieżyjący już Philip Seymour Hoffman – rewelacyjny aktor, wspaniały talent, tak dobrze ukazany w owej produkcji – taka wielka strata…
Ale inni również dobrze się spisali, m.in. Catherine Keener, Samantha Morton, Michelle Williams czy Emily Watson, czyli mówiąc w skrócie – kobiety Cotarda. To z nimi związana była jego historia, wszelkie problemy, rozczarowania…

Zresztą, to naprawdę smutna opowieść. Pokazuje, w jak łatwy sposób można umrzeć jeszcze za życia, podejmując takie a nie inne decyzje. Dla jednych ten film mówi o tym, że i tak wszytko jest bez znaczenia, że wszyscy umrzemy, że nic po nas nie zostanie. Dla mnie jednak jest w tym coś innego – mam wrażenie, że Kaufman chciał pokazać, że nawet jeśli nasze życie przypomina sztukę, w której większość (w tym my sami) gra, to wciąż mamy szansę na to by zrobić coś dobrze, ku naszej uciesze, że wciąż mamy szansę…

Chyba nie potrafię nic więcej teraz napisać – wciąż „trawię”… Zachęcam jednak do zmierzenia się z tą produkcją! Takie filmy trzeba znać!

***

Synekdocha, Nowy Jork/Synecdoche, New York (USA 2008) – Charlie Kaufman, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

KRÓLOWIE LATA – Jordan Vorgt-Roberts

królowie lataDo lata jeszcze daleko, ale ostatnio coraz więcej słońca za oknem, to i jakby nieco bliżej do tych najcieplejszych dni w roku. Postanowiłam więc zaproponować Wam film, którego ciepły klimat jest współodczuwany przez widza od pierwszego kadru. Wszystko się w nim zgadza – lato w pełni.

„Królowie lata” to obraz przedstawiający bunt trzech dorastających nastolatków. Joe (Nick Robinson – jestem nim zachwycona), Patrick (Gabriel Basso) i Baggio (Moises Arias – autor najzabawniejszych scenek) mają dość życia pod jednym dachem ze swoimi rodzicami – młodzi nie rozumieją zbyt natarczywej troski dorosłych, dorośli zdają się nie pamiętać o własnych, w wielu kwestiach kłopotliwych latach młodości. Chłopcy uciekają więc, aby w tajemnicy przed wszystkimi zamieszkać w nowym, przez nich samych wybudowanym domu (gdzieś na leśnej polanie), sami zdobywają jedzenie (jakkolwiek by to wyglądało ;)), stają się panami – królami – własnego życia, a przynajmniej tak im się wydaje…

Ten film to mistrzostwo! Nie bez powodu dostał nominację do Głównej Nagrody Jury w Festiwalu Filmowym Sundance – nie wygrał, ale bezsprzecznie na to wyróżnienie zasłużył. Jordan Vorgt-Roberts pokazał w swoim filmie bardzo ważny moment w życiu każdego chłopca – inicjację, rozpoczęcie nowego etapu w procesie stawania się prawdziwym mężczyzną (kiedy to następuje? jak to wygląda? co oznacza?). Zrobił to w sposób niebanalny, jakże inteligentny, a przy tym niepozbawiony humoru. Znakomite kino! Ci młodociani aktorzy spisali się wyśmienicie. To była sama przyjemność oglądać ich wyczyny aktorskie na ekranie. Niemałe znaczenie miał przy tym scenariusz Chrisa Galletta – błyskotliwe, często ironiczne dialogi nie wprowadzały zbytecznego patosu, raczej podkreślały wagę problemów tych 15-latków (sama doskonale pamiętam, jak bardzo poważnie podchodziłam do spraw, które dzisiaj zdają się nie mieć większego znaczenia – norma:)). Na wielkie brawa zasługują także magiczne w moim przekonaniu zdjęcia Rossa Riege (ach, te cudownie uchwycone promienie słońca) oraz muzyka Ryana Millera, która idealnie wkomponowała się w cały obraz.

Niesamowita produkcja, koniecznie ją obejrzyjcie!!!

***

Królowie lata/The Kings of Summer (USA 2013) – Jordan Vorgt-Roberts, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

FRANCES HA – Noah Baumbach

Frances HaFrances Ha to bardzo specyficzna, nietuzinkowa postać. Mieszka ze swoją najlepszą przyjaciółką, która zdaje się być najważniejszą osobą w jej życiu. Nawet wtedy, gdy chłopak proponuje jej wspólne zamieszkanie, ona nie godzi się ze względu na swoją obecną współlokatorkę. Rozstają się zatem, choć ona wcale nie zdaje się być tym przejęta. W ogóle mało czym się nadto przejmuje. Straszna z niej bałaganiara, ale, jak twierdzi, tylko dlatego, że stale jest mocno zajęta. Jej pasją i pomysłem na życie jest taniec, choć talent jej wcale nie powala. Póki co jest jedynie praktykantką w zespole, do którego pragnie na stałe dołączyć, choć i na to są niewielkie szanse. Ona zdaje się jednak nic sobie z tego nie robić. Żyje swoim życiem, zupełnie nie myśląc o realiach, jakie ją otaczają. Ma 27 lat, a jak dotąd nie próbowała ustabilizować swojego życia. Co więcej, wcale nie myśli, że już na to czas. Żyje chwilą z nadzieją na spełnienie tych największych marzeń. Taka oto niepoprawna optymistka.

Muszę przyznać, że Greta Gerwig znakomicie zagrała swoją rolę. Frances w jej wykonaniu to bardzo zabawna, a przy tym jakże autentyczna postać. Sama może nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ona, ale gdyby tak było, to miałabym niemałą przyjemność. Jej zachowanie, tak chwilami niezrozumiałe, zaskakujące, choć czasem nawet budzące podziw (zamieszkanie z nowo poznanymi facetami, nagła, weekendowa wycieczka do Paryża,…), przede wszystkim jest bardzo ujmujące. Bo w gruncie rzeczy Frances to bardzo dobra, choć nieco nieogarnięta życiowo dziewczyna. Długo nie zdaje sobie sprawy z tego, że czasem trzeba zejść na ziemię i zacząć żyć tak, by jakoś sobie w końcu radzić.

Noah Baumbach, poprzez swoją główną bohaterkę, pokazał, że życie wcale nie jest takie kolorowe, takie oczywiste. Nawet zdjęcia w tym filmie są czarno-białe, choć ja bym powiedziała, że raczej w różnych odcieniach szarości – tak jak w prawdziwym życiu. Ta minimalistyczna stylistyka pozwoliła się skupić na tym, co w odbiorze miało być najważniejsze – na Frances i na jej dojrzewaniu (do pogodzenia się z rzeczywistością, do zrozumienia, że inne wybory wcale nie muszą być gorsze, do umiejętności podejmowania ważnych decyzji, ważących o jej dalszych losach).

Dobry film. Nie jestem nim zachwycona, raczej na swój sposób zauroczona – przede wszystkim główną bohaterką. To dla niej i dla jej kreatorki, Grety Gerwig, warto ten film obejrzeć. Daje pewne wytchnienie. Nie dołuje, raczej zachęca i utwierdza w przekonaniu, że można być szczęśliwym nie tylko zdobywając szczyty – nieco niżej widoki mogą być równie piękne.

***

Frances Ha (USA 2012) – Noah Baumbach, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo

KAMERDYNER – Lee Daniels

„Kamerdyner” Lee Danielsa został oparty na prawdziwej historii człowieka, który przez ponad 30 lat służył w Białym Domu prezydentom, którzy w tym czasie pełnili władzę. Nie był to jednak łatwy czas dla takich jak on – ludzi czarnoskórych, którym na co dzień przypominano, że są gorsi od białych, nic nie warci ponad to, czym swoją ciężką pracą przysłużyli się tym „lepszym”. Cecil Gaines, tytułowy bohater filmu, wcale się temu nie sprzeciwiał. Wierzył, że tak ten świat jest skonstruowany i nic tego nie zmieni (a przynajmniej przez długi jeszcze czas). Sam, jeszcze jako młody chłopak, opuścił najbardziej skonfliktowane na tle rasowym południe USA, szukając bezpieczniejszego miejsca dla siebie, gdzie mógłby prowadzić spokojne życie (bez ciągłego narażania się innym). Tak też się stało.

kamerdyner

Kariera Cecila (o tak, dla niego praca w Białym Domu to było wielkie wyróżnienie) dała mu ten wewnętrzny spokój, którego tak pragnął. Ale tylko przez chwilę i nie we wszystkich aspektach. Przede wszystkim bardzo dużo pracował, przez co nie bywał w domu zbyt często i jego żona przestała sobie z tym radzić (czyt. zaczęła pić). W momencie, gdy jego pierworodny syn skończył szkołę średnią i udał się na studia na południe – zaczęły się poważne kłopoty. Louis nie podzielał poglądów ojca, nie chciał przyglądać się nierzadko brutalnemu traktowaniu Afroamerykanów – wierzył w takie same prawa dla wszystkich ludzi. Zaczął więc aktywnie uczestniczyć w wielu protestach, różnych działaniach, mających ukrócić pełne nienawiści zachowania wobec jemu podobnych…

To, co spodobało mi się w tym filmie najbardziej, to próba ukazania tej jakże skrajnej perspektywy poglądów na temat segregacji rasowej wśród czarnoskórych. Ojciec i syn. Jeden trwał w rzeczywistości wykreowanej przez białych, godząc się na takie życie, nie widząc szans na poprawę, drugi zaś walczył o swoje prawa, nie siląc się na pogodzenie z tak bardzo niesprawiedliwym losem. Afroamerykanie również byli podzieleni. Jedni mieli w sobie odwagę, inni chcieli jedynie spokoju… – dzięki tym pierwszym zaczęło się coś zmieniać. Przemiany społeczne na tle rasowym w Ameryce (przedstawione jednak w filmie w tzw. pigułce – ale jakże inaczej?) zaczęły być coraz wyraźniejsze – życie czarnoskórych zaczęło być coraz lepsze, łatwiejsze, zaczęło coś znaczyć – nie tylko dla nich samych (wystarczy sobie przypomnieć – albo zobaczyć w końcowej scenie filmu – kto jest obecnym prezydentem USA).

Dużą zachętą do obejrzenia tej produkcji powinna być obsada: Forest Whitaker (znakomita rola tytułowego kamerdynera), Oprah Winfrey (jako pani Gaines – jakże pozytywne zaskoczenie!), Cuba Gooding Jr. (dodał nieco dobrego humoru swoją grą innego kamerdynera w Białym Domu), James Marsden (świetnie się spisał jako John F. Kennedy!), Jane Fonda, Robbie Williams, Alan Rickman i wielu, wielu innych znakomitych aktorów/aktorek. Danny Strong napisał dla nich bardzo dobry scenariusz, dzięki czemu – mimo raczej epizodycznych ról (mówiąc o kolejnych prezydentach i ich żonach) – mieli okazję pokazać swoje niemałe talenty.

Co warto dodać, inspiracją do stworzenia tego filmu było życie Eugene’a Allena. Twórcy obrazu nie trzymali się jednak kurczowo biografii prawdziwego kamerdynera – zaczerpnęli z niej to, co uznali za najbardziej dla nich potrzebne, stworzyli z jego życia tło dla ukazania ważących się losów czarnoskórych Amerykanów.

Zdecydowanie warto ten film obejrzeć. Polecam, jeśli ktoś jeszcze tego nie uczynił.

***

Kamerdyner/The Butler (USA 2013) – Lee Daniels, Kino Świat

PRZED PÓŁNOCĄ – Richard Linklater

przed północąPokaz prawdziwych emocji! Takich, których nie brakuje na co dzień w życiu każdego człowieka – dodam – w związku. Bo czymże jest związek dwojga ludzi, jeśli nie ma w nim uczuć? Uczuć, które zmuszają do ciągłej walki z samym sobą… No właśnie, miłość wymaga poświęceń, choć nie każdy jest tego świadomy. Mimo to, każdy, kto kocha, kto chce być kochany, podejmuje decyzje nie zawsze w zgodzie z własnymi przekonaniami. Tak to już jest i tak zapewne będzie – zwłaszcza, gdy planuje się wspólne życie, zakładanie rodziny, dzieci… Wtedy nie Ja a My ma największe znaczenie – dobro wspólne, choć nie pomijające osobistych pragnień, ambicji. No więc ważny jest wtedy kompromis, a co za tym idzie, poświęcenie (większe lub mniejsze) jednej ze stron.

„Przed północą” to film, który opowiada o związku między kobietą a mężczyzną. Związek ten ma dość specyficzne początki.
Jesse (Ethan Hawke) i Celine (Julie Delpy) poznali się w 1994 r., w pociągu do Wiednia, z którego tam właśnie razem wysiedli. Mieli dla siebie czas tylko do rana, wówczas musieli się rozstać. On wrócił do Ameryki, ona do Francji. Przeżyli jednak bardzo spontaniczne, romantyczne chwile, które zakiełkowały czymś więcej niż tylko wakacyjną przygodą. Byli młodzi, dobrze im się razem rozmawiało, nawiązali silną więź, poczuli obopólną fascynację tą znajomością, ekscytację na myśl o wymarzonej „połówce”. Mieli spotkać się pół roku później w tym samym miejscu („Przed wschodem słońca”, 1995). Czy tak się stało? Nie zdradzę, ale pewne jest, że spotkali się 9 lat później, tym razem w Paryżu. Jako dorośli już ludzie zdawali się być bardziej rozważni, nie tak naiwni, poukładani („Przed zachodem słońca”, 2004), a jednak…
W omawianej przeze mnie trzeciej części ich historii są już razem na stałe. I mają do tego dwie córki bliźniaczki. To one 
związały ich na dobre. 

Hm, tylko czy rzeczywiście na dobre? Tego chyba nikt nigdy nie jest pewien. Ludzie się zmieniają, sytuacje się zmieniają, pojawiają się coraz liczniejsze doświadczenia, rozczarowania, porażki… Życie to nie film! Choć paradoksalnie ten film zdaje się być bardzo bliski prawdziwego życia. I to mnie w tej produkcji tak naprawdę urzekło. Autentyczność, realizm zachowań bohaterów. Niejednokrotnie odnalazłam w nich odbicie moich własnych.

Nie spodziewajcie się żadnej akcji. Ten film opiera się przede wszystkim na rozmowie. Inteligentnej, pełnej poczucia humoru, ale i nostalgii wobec własnego życia. Czas przemija, a wraz z nim dawne uczucia. Coś się zmienia i chyba trzeba umieć się z tym pogodzić. Miłość ma wiele oblicz. Ta romantyczna z czasem zanika, a przynajmniej zmniejsza swój obszar działania, natomiast ta pełna oddania, zaufania, przyjaźni zdaje się być o wiele trwalsza.

Gratuluję twórcom tego filmu, całej serii, za tak znakomite przedstawienie tematu. Gra aktorów, scenariusz, reżyseria – to wszystko w jak najlepszym, rewelacyjnym wydaniu. Jestem zachwycona, że takie obrazy powstają.
Tak niewiele, a… tak wiele pokazują. Brawo!

***

Przed północą/Before Midnight (USA 2013) – Richard Linklater, Best Film

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Best Film

bf_logo