STADO – William Wharton

Niesamowite, jak niektóre książki potrafią dogłębnie poruszyć. Przykładem jednej z nich jest niewątpliwie Stado Williama Whartona. Przynajmniej względem mojej osoby, moich uczuć, mojej wrażliwości.

Książkę od samego początku czytałam z wielkim zainteresowaniem. Autor w bardzo ciekawy konstrukcyjnie sposób (na zasadzie przeplatania wątków) przedstawił historie dwóch zupełnie obcych sobie osób – małego chłopca i dojrzałego mężczyzny, z pozoru jeden nie mający wpływu na życie tego drugiego. Aczkolwiek, jak się później okazało, tylko z pozoru…

Dick Kettleson dorasta na przedmieściach Filadelfii. Mieszka tam razem z ukochanymi rodzicami i młodszą, ale za to bardzo przez niego lubianą (co nie jest częstą, moim zdaniem, przypadłością wśród młodych bohaterów powieści) siostrą Laurel. Niestety, w domu wcale nie jest tak sielankowo, jakby się chciało, żeby było. Jego ojciec – Dick, jak zresztą nie on jeden, traci pracę w związku z tzw. Wielkim Kryzysem. Dorabia więc na robotach publicznych i budowaniu werand – w celu spłacenia długu zaciągniętego na mieszkanie. Chłopiec pomaga mu, przy okazji ucząc się wielu, bardziej lub mniej użytecznych rzeczy – niekoniecznie związanych ze stolarką (ojciec wydaje się być jego mentorem, a na pewno autorytetem). Kiedy wszystko zaczyna powoli się układać (ojciec spłaca cały dług, otrzymuje dawną pracę, zostaje przewodniczącym związku zawodowego), to tylko na chwilę. Ojciec zaczyna mieć duże problemy w pracy, dlatego bierze urlop i zabiera całą rodzinę (łącznie z kotkiem Kanibalem, którego chłopiec znalazł – zdychającego – i przygarnął za zgodą rodziców) nad ocean, do Wildwood.

Sture ‚Kap’ Modig (ur. 1896 r. w Wiscosin) mieszka z rodzicami na farmie. Od maleńkości przejawia niebywałe talenty: ma niezwykły kontakt ze zwierzętami, bardzo szybko się uczy (np. wystarczyło mu usiąść raz na rower, chwilę pomyśleć, by po chwili już jechać), dużo czyta, zdolności wysoce logicznego i analitycznego myślenia sprawiają, że nie ma trudności z niczym – konstruuje różne rzeczy/własne maszyny. Jest cudownym dzieckiem, wybitnym uczniem, idealnym żołnierzem, a potem dowódcą kompanii na wojnie (w wyniku poważnych obrażeń trafia jednak do szpitala). W końcu zostaje sławnym, odnoszącym sukcesy kierowcą samochodu wyścigowego. Wszystko zmienia się w momencie pojawienia się Tuffy’ego – małego, znędzniałego lwiątka, którego odkupuje od pewnego marynarza, którym się opiekuje, który powoli zaczyna się stawać jego największym przyjacielem. Kap dalej jeździ, ale już nie tak pewnie jak wcześniej – wkrótce ulega wypadkowi. Wtedy też pojawia się Sally – kobieta jego życia. Mijają lata (u boku Sally i lwa), gdy w końcu trafiają do Wildwood. Tam dają pokaz cyrkowy zwany „Ścianą śmierci”.

Wildwood – miejsce, w którym losy obu bohaterów się stykają, choć w nieświadomy dla tego starszego sposób. Miejsce, w którym dowiadujemy się o tym, czym tak naprawdę jest rodzina, kto ją tworzy, jakie ma znaczenie w życiu Dick’a i Sture’a, w życiu nas samych (ta myśl nachodzi samoistnie). Stado jest synonimem rodziny. Nie bez znaczenia pojawiają się w tej historii kot Kanibal (najczęściej w pudełku) i lew Tuffy (najczęściej w klatce). Ten ostatni odegrał szczególną rolę. Nie będę jednak zdradzać szczegółów, bo na pewno znajdą się tacy, co nie sięgnęli jeszcze po tę pozycję – a jest to wielki błąd! W każdym razie jestem szczerze dotknięta tym, co musiało się wydarzyć, jak musiała się ta opowieść zakończyć. Smutno, z żalem, z łezką w oku…

Autor napisał tę książkę w 1985 r. Tragiczny moment związany z lwem i „Sceną śmierci” wydarzył się naprawdę – w 1938 r. w Wildwood. Jednak, jak zapewnia W. Wharton, bohaterowie i opisane wypadki są wyłącznie tworem jego wyobraźni (niemniej czas wspólnej dla obu bohaterów akcji to również lata tuż przed II wojną światową).

Kto nie przeczytał tej książki, to niech koniecznie nadrobi zaległości. Mniemam, że nie pożałuje.

Na koniec jeden z ciekawszych cytatów:

„Nikt nikogo nie może uwolnić z klatki, nawet lwa. Najważniejsze, żeby nie patrzeć na kraty, a tylko między kratami. Bo jeżeli będziesz patrzył na kraty, to nigdy niczego nie dokonasz i nigdy nie będziesz szczęśliwy” (Stado, W. Wharton).

***

Stado/Pride – William Wharton, przeł. Janusz Ruszkowski, REBIS 2001, s. 256

Advertisements

13 thoughts on “STADO – William Wharton

  1. Tigerlily pisze:

    Widzę, że Wharton to chyba jeden z Twoich ulubionych pisarzy :) Szukam w pamięci i przypominam sobie tylko jedną jego książkę, którą czytałam. Sama nie wiem, czemu nie więcej, bo wspomnienia mam dobre.

    • naPIĘKNEJ pisze:

      Szczerze powiedziawszy, to chyba dopiero się nim staje… Dawno temu przeczytałam jego powieść „Spóźnieni kochankowie” – przecudowna historia. Potem jakoś długo długo nic – aż w końcu postanowiłam bliżej się z nim i jego twórczością zapoznać:)

    • naPIĘKNEJ pisze:

      Zachęcam:) W kolejce czekają na mnie właśnie jego „Historie rodzinne”, ale nie omieszkam sięgnąć po pozostałe pozycje, m.in. właśnie „Ptaśka”;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s